Kategorie
Sny

Śniło mi się…

Dzień dobry. 🙂
Śniło mi się dziś, że… pisałam maturę. 😀
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na napisanie matury z polskiego miałam pół godziny, bo jakiś ktoś nie dopilnował tego, by wydłużyć czas i w rezultacie nie zdążyłam. 😀
Ale nie to jest najlepsze.
Kiedy przyszły wyniki całej matury, okazało się, że przy języku polskim było napisane: „Nie zdała, bo nie zdążyła”. 😀
Tam potem jeszcze coś było w tym śnie, ale nie pamiętam co. Zasadniczo, pokręcony był, serio. 😀
To tyle, jeśli idzie o moje sny. 😀
Pozdrówki.
A. J.

Kategorie
Uncategorized

Skoro wszyscy, to ja też, czyli zapraszam na Q&A

Dzień dobry. 😉
Widzę, że się zrobiła faza na pytania i odpowiedzi, a skoro kilku osobom kilka pytań ja zadałam, to miło będzie, jeśli ktoś z Was mi będzie chciał zadać kilka pytań, na które odpowiem z znanym sobie poczuciem humoru. 😀
Zatem, zapraszam.
Nie krępujcie się. 🙂
Proszę śmiało pytać.
Pozdrawiam.
P.S. Wpis bez kategorii, bo nie wiem, gdzie go wrzucić.

Kategorie
Co tam u mnie

Silna wola poszła na spacer

Dobry wieczór. 🙂
Wiecie, że zabierałam się za wpis jeden, ale wena mi na niego odeszła? Jego szkic leży i czeka, aż go dokończę. 🙂
Ale ja na razie nie o tym.
Silna wola poszła sobie ode mnie. 😉
Otworzyłam dziś studencką czekoladę. I zjadłam połowę.
Zbrodnia? Nie no, chyba nie. 🙂
Jutro natomiast mam wizytę u lekarza, tak jak Wam już mówiłam w którymś z wpisów.
Napisałabym Wam coś bardziej konkretnego, ale wiecie, że w sumie nie mam o czym?
Szukam oryginalnej klawiatury do mojego Della Inspiron 3543, ale nigdzie jej nie ma, niestety. Internety mnie zawiodły.
To chyba tyle, jeśli idzie o nowinki. 😉
Życzę wszystkim miłego dnia. 🙂
Pozdrówki.
A. J.

Kategorie
Muzyka filmowa, musicalowa

Takie coś wygrzebałam w czeluściach dysku

Kategorie
Przepisy kulinarne

Sałatka makaronowa z tuńczykiem

Dzień dobry. 🙂
Dziś zrobiłam sałatkę makaronową z tuńczykiem, a skoro ją zrobiłam, uznałam, że się przepisem podzielę.
# Składniki:
4-5 jajek,
Makaron drobniutkie muszelki,
Ogórki konserwowe,
dwie puszki tuńczyka nie w oleju,
wegeta do smaku,
Majonez.
## Przygotowanie
Makaron gotujemy, jajka również gotujemy, na twardo.
Ogórki kroimy w kostkę lub w plasterki, jak komu wygodniej, dorzucamy do ostudzonego makaronu, dodajemy rozgniecione jajka, dwie puszki tuńczyka, wegetę, mieszamy wszystko razem, dodajemy majonez i w zasadzie to wszystko. 🙂
Smacznego.

Kategorie
Razem mimo wszystko - 02 - Zawsze będę Cię kochać

05 – Wiktor

Od dnia, w którym dowiedzieliśmy się, że ciąża Ani jest zagrożona, minęły dwa miesiące. Odwiedzaliśmy ją z Zosią codziennie, opiekowaliśmy się nią jak najlepiej mogliśmy, po prostu robiliśmy wszystko, żeby się nie denerwowała.
W połowie września, na dwa tygodnie przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów Zosi, siedzieliśmy oboje w domu i oglądaliśmy jakiś film, gdy nagle zadzwonił mi telefon.
– Zatrzymaj, kochanie – zwracam się do Zosi.
Ona spełnia moje polecenie, a ja spoglądam na wyświetlacz.
– Tak, Aniu? Poczekaj, uspokój się. Tylko spokojnie, oddychaj głęboko. Zaraz z Zosią przyjedziemy. Nie denerwuj się, na pewno wszystko będzie dobrze. Oczywiście, kocham cię.
Gdy się rozłączam, chyba muszę być blady, bo Zosia przygląda mi się z wyraźnym niepokojem.
– Tato, co się stało? – dopytuje.
– Chyba… Chyba się zaczęło – odpowiadam. – Ania ma skurcze, coraz częstsze, ale nie może urodzić dziecka naturalnie. Będzie miała cesarskie cięcie.
– Zaczęło się, już? – Zosia jest wstrząśnięta. – Przecież to ponad miesiąc przed terminem.
– Wiem o tym – odpowiadam, będąc naprawdę spanikowany. – Dlatego tym bardziej się boję.
Zosia kiwa głową i wstaje.
– Chodź, jedziemy do szpitala – mówi, a ja odpowiadam skinieniem.
Prawda była taka, że byłem w większym stresie, niż to okazywałem. Wiedziałem jednak, że Zosia zdaje sobie z tego sprawę, pewnie dlatego nie pozwoliła mi prowadzić samochodu. Na całe szczęście, bo obawiam się, że mogłoby się to źle skończyć dla nas obojga.
Gdy docieramy do szpitala, jestem cały spięty.
– Tato, nie martw się – pociesza mnie Zosia. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Kiwam głową, nie jestem jednak wcale uspokojony. Wpadamy oboje na Górę.
– Co z Anią? – pytam. – Wiesz coś?
– Ma cesarkę – odpowiada Góra. – Ale nic więcej nie wiem. Musisz zapytać Sambora.
Odpowiadam skinieniem. Dobrze wiem, że Ania jest pod opieką najlepszych lekarzy, ale nie potrafię się nie stresować.
– Chodź, usiądziemy i zaczekamy – mówi Zosia łagodnie.
Teraz to ona jest dla mnie ogromnym wsparciem, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Siedzimy tak przez jakiś czas, nic do siebie nie mówiąc. W końcu widzę doktor Sarę idącą w naszą stronę.
– No nareszcie! – woła Zosia. – Co z Anią?
– Urodziła dziewczynkę. Waży 1500 gram, dostała 6 punktów w skali Apgar, mierzy 53 centymetry – odzywa się Sara.
– Co… Ale dlaczego… Jak…
– Ogólnie jej stan jest dobry – uspokaja nas. – Ale przez jakiś czas będzie w inkubatorze.
– Tato, słyszysz? – pyta. – Ania urodziła.
– Co? Tak, tak. – Nadal to do mnie nie dociera.
– Hej, tato. – Zosia bierze mnie za rękę. – Ania urodziła.
– Jezus Maria! – wołam, w końcu to do mnie dociera. Zrywam się na równe nogi. – Mogę ją zobaczyć?
– Jasne – odpowiada Sara. – Tylko nie męczcie jej za długo. Jest bardzo zmęczona po operacji.
Oboje odpowiadamy skinieniem i udajemy się w stronę Sali, w której leży Ania. Na nasz widok uśmiecha się słabo.
– Hej – mówi cicho.
– Aniu, jak się czujesz? – pytam, klękając przy niej.
– W porządku – odpowiada słabo.
– Aha, jasne. – Zosia przygląda się jej uważnie. – Bo w to uwierzę.
Ona tylko uśmiecha się lekko.
– Widzieliście małą? – pyta cicho.
– Nie, jeszcze nie – odpowiadam.
Siedzimy jakiś czas w ciszy, wpatrzeni w siebie.
– Idźcie do domu, nie będziecie tak przy mnie siedzieć bez sensu – odzywa się Ania cicho.
– Jasne – odpowiada Zosia, następnie pochyla się nad Anią i całuje ją w policzek. – Trzymaj się.
– Kocham cię – dodaję, pochylając się i całuję ją delikatnie w usta. – Ciebie, Zosię i nasze dziecko.
– Ja też was kocham – odpowiada Ania.
– Jak my właściwie damy jej na imię? – pyta nagle Zosia.
Oboje z Anią patrzymy po sobie.
– Oliwia – odpowiadamy jednocześnie i wszyscy wybuchamy cichym śmiechem. Nawet Ani się to udaje.
– jestem za – oświadcza Zosia.
– No, to już wszystko jasne – oznajmiam i wstaje. – Odpoczywaj, kochanie.
– Do jutra – dodaje Zosia i oboje wychodzimy.

Kategorie
Lena i Krystian - Po trupach do celu

04 – Krystian

Od dnia, w którym Lena do mnie zadzwoniła, minął miesiąc. Odwiedzaliśmy się co jakiś czas, Lenka za każdym razem dziękowała mi za to, co dla niej zrobiłem. Ale nie musiała mi za nic dziękować. Pomóc jej było dla mnie czystą przyjemnością.
– No to jak, idziemy do tego kina? – pyta mnie któregoś dnia. – Ostatnim razem nam coś nie wyszło, no nie?
Siedziałem akurat w biurze i wypełniałem jakieś papiery, gdy Lena niespodziewanie stanęła w drzwiach. To pytanie mnie tak zaskakuje, że wypuszczam kartki z rąk.
– Eee… No pewnie – odpowiadam. – Ale trzeba znowu wybrać film.
– To co, teraz spotykamy się u ciebie?- proponuje.
– Jestem za – odzywam się z uśmiechem.
– Na taką odpowiedź liczyłam. – Posyła mi uśmiech, po czym wychodzi, zostawiając mnie w głębokim szoku.
Chwilę później do pokoju wchodzi Olgierd. Na widok mojej miny zatrzymuje się.
– Co jest? – pyta. – Wyglądasz, jakby coś cię wprawiło w niezłe osłupienie. No nie patrz tak, tylko gadaj.
– Lena poruszyła temat kina – odpowiadam.
– Zaprosiłeś ją jednak? – Jest zaskoczony, a ja uświadamiam sobie, że Olo o niczym nie wie.
– Tak, zaprosiłem ją – wyjaśniam. – Tego samego dnia, w którym… Frania do niej zadzwoniła. Spotkaliśmy się wieczorem, by wybrać film, a potem… Sam wiesz, nikt z nas nie miał głowy do tego, by myśleć o takich drobiazgach.
– I nic mi nie powiedziałeś? – Jest wyraźnie oburzony.
– Olo, słuchasz, co do ciebie mówię? – pytam. – Powiedziałem, że nikt nie miał do tego głowy.
– Dobrze, dobrze, wiem. – Wzdycha. – W porządku.
Wieczorem, kiedy jesteśmy już po pracy, udaję się do domu, by wszystko przygotować. Gdy pojawiam się pod blokiem, widzę coś, co na moment sprawia, że zapominam, co miałem zrobić. Po chwili jednak rozsądek wraca na swoje miejsce.
– Kim jesteś? – pytam cicho.
Na schodach widzę małą dziewczynkę, nie mogącą mieć więcej niż dziesięć lat.
– Mam na imię Klara – odpowiada. – Czy może mnie pan wpuścić?
– Zgubiłaś się? – Dopytuję.
– Nie, uciekłam – odpowiada prosto.
Mam ochotę zadać kolejne pytanie, ale na razie się powstrzymuję. Biorę ją za rączkę.
– Chodź, mała – odzywam się. – Zabiorę cię do domu, dam ci coś do picia i jedzenia, a potem położę cię spać.
– Dobrze, proszę pana – odpowiada cicho.
Gdy jesteśmy w domu, daję małej coś do jedzenia i picia, a sam zaczynam się zastanawiać, co począć dalej. Wiem, że powinienem ją odwieźć na komendę i powinna trafić na czas wyjaśnienia sprawy do izby dziecka, ale nie miałem serca tego zrobić. Zwłaszcza teraz, gdy było jeszcze dość chłodno, a dziewczynka była w samej bluzeczce i spodniach, bez żadnej grubszej rzeczy na sobie.
– Dziękuję – odzywa się Klara po jakimś czasie.
– Proszę. – Uśmiecham się do niej. – Możesz mi powiedzieć, od kogo uciekłaś?
– Od tatusia – odpowiada prosto. – Zostawił mnie samą w domu i sobie gdzieś poszedł, a ja nie chciałam już być sama, to uciekłam.
– A daleko stąd mieszkasz? – dopytuję.
– Chyba nie, nie wiem – odpowiada. – Długo szłam, więc nie wiem. Ale cieszę się, że na pana trafiłam, wie pan? Bo ja lubię poznawać nowych ludzi, a pan jest fajny.
Znowu się uśmiecham. To dziecko coraz bardziej ujmowało mnie za serce.
– Dobrze, dzisiaj już nie będę cię męczyć. Pewnie jesteś bardzo zmęczona. Poczekaj, zaraz ci pościelę łóżko, żebyś mogła się przespać – mówię i wstaję.
W parę minut później słyszę dzwonek do drzwi. To pewnie Lena. Szybko biegnę otworzyć. Faktycznie, stoi w drzwiach, z szerokim uśmiechem na twarzy.
– I jak tam, Krysiu? – pyta.
– Lenka, problem mam – odzywam się cicho. – Znalazłem na schodach dziewczynkę.
– Dziewczynkę? – Jest wyraźnie zaskoczona. – Jaką dziewczynkę.
– Ma na imię Klara – wyjaśniam. – Nie może mieć więcej niż dziesięć lat. Twierdzi, że uciekła z domu, bo ojciec ją samą zostawił, a była głodna.
– A mamy nie ma? – dopytuje Lena. W jej oczach widzę niepokój i troskę.
– Nie wiem. O mamie nic nie wspominała – odpowiadam. – Chodź, może tobie uda się z nią porozmawiać.
– Jasne – mówi i idzie za mną do kuchni.
Słysząc nas, Klara odwraca się w naszym kierunku. Na widok Leny uśmiecha się niepewnie.
– Dzień dobry, kochanie – odzywa się łagodnie Lena, podchodząc do niej i biorąc ją za rękę. – Ja na imię Lena i jestem przyjaciółką Krystiana, a ty?
– Klara – odpowiada cichutko, widać, że jest lekko onieśmielona.
– Dobrze. – Lena uśmiecha się i siada obok niej. – Ile masz lat?
– Dziesięć – mówi.
Lena znowu się uśmiecha.
– Wiesz, że mam siostrzenicę w twoim wieku? – pyta.
– Naprawdę? – Dziewczynka rozpromienia się. – Ale fajnie. A przyszła tu z tobą?
– Nie, kochanie, nie przyszła. – Lena robi zawiedzioną minę. – Późno już jest, poszła spać. Ty też chyba powinnaś, prawda?
– Aha – odpowiada krótko.
– Dobrze, to ja cię zaprowadzę i posiedzę przy tobie, jak chcesz – mówi Lena, a dziewczynka odpowiada skinieniem.
Kiedy Lena wraca do kuchni pół godziny później, minę ma zatroskaną.
– I co, zasnęła? – pytam cicho.
– Tak, śpi – odpowiada. – Ale… Wiesz? Szkoda mi jej. Pytałam o jej mamę, powiedziała, że umarła, jak była mała. To znaczy tak powiedział jej tata. Ojca częściej nie ma w domu niż jest, bardzo często opiekowały się nią różne inne panie. Tylko tyle się dowiedziałam. Nie jest to prosta sprawa. Bo my nic poza imieniem i jej wiekiem o niej nie wiemy.
Marszczę brwi.
– Bardzo dziwne – mówię cicho. – Wiesz, mnie najbardziej zastanawia, dlaczego ona przyszła akurat tutaj.
– Może miała najbliżej? – Lena zamyśla się. – Albo była tak zmęczona, że chciała usiąść i odpocząć gdziekolwiek. No nie wiem.
– Dziwna sprawa – powtarzam cicho.
– Coś czuję, że z kina znowu nam nic nie wyjdzie – zauważa Lenka.
– Nie no, nie mów tak, zaraz się za to weźmiemy – odpowiadam, lecz w tym momencie rozlega się dzwonek do drzwi.
– Kogo niesie? – pytam.
– Idź i otwórz – mówi Lena z uśmiechem. – A ja pójdę sprawdzić, czy Klara śpi.
Odpowiadam skinieniem i udaję się do przedpokoju. W drzwiach widzę mojego ojca.
– Czego chcesz? – pytam ostro.
Nie lubiłem jego odwiedzin. Za każdym razem zwiastowały one duże kłopoty.
– Jak się do mnie odnosisz? – odpowiada pytaniem.
– Tak jak chcę – odcinam się. – No więc, po co przyszedłeś?
– Przyszedłem odwiedzić mojego jedynego syna – stwierdza z uśmiechem. – Mogę wejść?
Wzdycham i przepuszczam go w drzwiach, chociaż tak naprawdę mam ochotę go za nie wyrzucić. Całą siłą woli staram się robić dobrą minę do złej gry. Prowadzę go do kuchni.
– Napijesz się czegoś? – pytam.
– Nie, dzięki – odpowiada, siadając ciężko na krześle.
Zalega krępująca cisza, którą przerywa Lena pojawiająca się w drzwiach.
– I jak tam? – pytam ją.
– Dobrze – odpowiada i uśmiecha się.
Dopiero po chwili dostrzega mojego ojca. Podchodzi bliżej i staje, opierając się plecami o blat.
– Dzień dobry panu – mówi pogodnie.
– Dobry wieczór. – Mój ojciec wstaje i podaje jej rękę. – Krystian, czemu nie powiedziałeś, że masz dziewczynę?
– Lenka nie jest moją dziewczyną – protestuję, czując, że zaczynają płonąć mi policzki.
Szybko wychodzę do łazienki, by przemyć twarz wodą. Gdy wracam z powrotem do kuchni, widzę, że Lenka nadal stoi w tym samym miejscu, wyraźnie zakłopotana.
– Tato, jeżeli nie masz mi do powiedzenia nic ważnego, to może lepiej będzie, jeśli sobie pójdziesz. Chcieliśmy z Lenką spędzić miło wieczór i…
Nie dane mi jest jednak dokończyć wypowiedzi. Z pokoju, w którym położyłem Klarę, dociera cichy, zduszony szloch. Lena szybko wybiega z kuchni, zamykając za sobą drzwi.
– Masz dziecko w domu? – Mój ojciec jest wyraźnie zdziwiony.
– Nie twoja sprawa – odpowiadam. – Ale jeżeli cię to tak bardzo interesuje, to znalazłem dziewczynkę na schodach. Przenocuję ją, a jutro rano zawiozę na komisariat, a stamtąd trafi do izby dziecka na czas wyjaśnienia sprawy. Muszę się zorientować, kto był takim kretynem, by zostawiać Klarę w domu samą, bez jedzenia i picia. Przecież mogła sobie zrobić krzywdę, mogło się stać cokolwiek.
Widzę jak na dźwięk imienia małej robi się strasznie nerwowy.
– To ja już pójdę – odzywa się i wstaje.
– Poczekaj. – Podchodzę do niego i ujmuję go za nadgarstek, tak że nie może mi się wymknąć. – Masz coś wspólnego z tą małą? Jeżeli tak, powiedz mi o tym. W tej chwili!
– Bo… Krystian, bo ja… – zaczyna. – Muszę ją zobaczyć.
– Po co – Jestem zdezorientowany.
– Proszę cię – błaga, a ja ulegam.
Idę za nim do pokoju. Po chwili jednak muszę zrobić gwałtowny zwrot, gdyż mój ojciec rzuca się w stronę wyjścia.
– Gdzie! – warczę. – Zostajesz tu i mówisz w tej chwili, co ta mała ma z tobą wspólnego!
– Bo to jest moja córka – wypala, a mnie ogarnia złość, tak wielka, że mam problem, żeby się opanować.
– Co? – pytam. – Co ty powiedziałeś? Jak to, twoja córka?
– Po śmierci twojej matki… – zaczyna. – Przez długi czas spotykałem się z pewną kobietą. Dziesięć lat temu na świat przyszła nasza córeczka. Kinga koniecznie chciała, by miała na imię Klara, a ja nie nalegałem na zmianę. Jednak zmarła w dwa lata później, a opieka nad małą spadła na mnie.
– Tak, tak i resztę już znam – przerywam mu ostro. – Więcej cię w domu nie było niż byłeś. Ty gnido, narażałeś przez całe życie Klarę na takie niebezpieczeństwo? Jak mogłeś!
W tym momencie w przedpokoju pojawia się Lena. Bierze mnie za rękę i odciąga od ojca, w przeciwnym razie mogłoby się to skończyć rozlewem krwi. Odwracam się do niej, z twarzą białą jak papier.
– Zabiję go – syczę.
Widząc jednak jej minę, momentalnie łagodnieję.
– Co jest? – pytam.
– Mała ma gorączkę – wyjaśnia. – Jest strasznie rozpalona, wezwałam karetkę.
Znowu czuję ogarniający mnie gniew, za wszelką cenę staram się opanować.
– Wyjdź! – zwracam się do ojca, stojącego przy drzwiach. – Wyjdź i nie pokazuj mi się więcej na oczy.
Nie protestuje. Gdy drzwi za nim się zamykają, czuję jak wszystkie emocje ze mnie wychodzą.
– Jak… Jak on mógł? – Jestem wstrząśnięty. – Zostawiać ją… To przecież jest nieludzkie. W ogóle się nie przejął tym, co powiedziałaś. Nie zapytał, czy może ją zabrać, w ogóle się nią nie zainteresował. Musi ponieść tego konsekwencje. Nie ujdzie mu to na sucho. Nie pozwolę na to.
– Przecież niczego mu nie udowodnisz – odzywa się Lena poważnie. – Twoje słowa i słowa małej nie wystarczą. On się wszystkiego wyprze.
– Wiem. – Jestem zdruzgotany. – Ok., pomyślę o tym później. Chodźmy do niej.
Gdy wchodzimy do pokoju, widzimy ją, bladą i rozpaloną gorączką. Nawet nie zastanawiam się, jak się to mogło stać. Teraz najważniejsze jest, by jej pomóc.
– Jak się czujesz, kochanie? – pyta Lena, siadając na brzegu łóżka.
– Zimno – skarży się cicho. – I widzę… widzę was podwójnie.
– Cii, tylko spokojnie – odzywam się łagodnie. – Jesteś bezpieczna, nie bój się. Nic ci nie grozi. Zaraz przyjedzie pan doktor i ci pomoże.
Klara przenosi na mnie wzrok.
– Nie chcę już wracać… do… do taty… – jej głos cichnie. – Nie chcę…
– Nie, tylko nie to! – Lena pochyla się nad nią. – Klarciu, kochanie, nie zasypiaj. Proszę, powiedz, co byś chciała tak najbardziej?
Widzę jej roziskrzony wzrok, uważnie wpatrujący się w Lenkę.
– Dom… Dom, prawdziwy… Z mamą… Z tatą… – odpowiada cichutko, ledwo ją słyszę. – Nie chcę…
– Wiem, wiem, że nie chcesz – kontynuuję, wiedząc, że trzeba ją jak najdłużej utrzymać przytomną. – Wiem, że nie chcesz i nie będziesz, ale nie zasypiaj, proszę.
– Gdzie ta przeklęta karetka? – pyta Lena, zaczynając chodzić po pokoju.
Na odpowiedź nie musi długo czekać, gdyż parę sekund potem rozlega się dzwonek do drzwi. Wybiegam z pokoju, by chwilę później wrócić z lekarzem i dwoma ratownikami.
– To państwa dziecko? – pyta doktor, pochylając się nad Klarą.
– Nie… Znaczy… – Waham się. – To moja przyrodnia siostra. Co jej jest?
– Podejrzewam zapalenie płuc, jednak trzeba to potwierdzić dokładnymi badaniami w szpitalu – odzywa się.
– Jak to… zapalenie płuc? – Lena jest blada jak ściana. – Przecież nawet nie kaszlała, nic.
– Ale zjadła mało – zauważam cicho. – Myślałem, że to przez to, że jest pierwszy raz w nowym miejscu, ale… jak widać nie.
– To jest bezobjawowe zapalenie płuc – wyjaśnia. – Może się objawiać brakiem kaszlu, gorączki w wielu przypadkach też, tu jednak jest inaczej. Czy któreś z państwa może jechać z nami?.
– Tak, ja pojadę – odpowiada Lena natychmiast, a ja patrzę na nią zaskoczony.
– Pojedziesz za karetką – odzywa się szeptem. – Tak będzie lepiej.
Nie protestuję. Zdaję sobie sprawę, że Lena może mieć rację. Gdy odprowadzam wszystkich do drzwi i zostaję sam, opadam na najbliższe krzesło. Nie mogę tego przetrawić. Jak to się mogło stać? Przecież… Jestem naprawdę wstrząśnięty. Wciąż nie mogę pojąć, jak mój ojciec mógł zachować się tak nieodpowiedzialnie.
„Jeżeli Klarze coś się stanie, zabiję go gołymi rękami” – przebiega mi przez myśl.
Gdy pojawiam się w szpitalu pół godziny później i zostaję skierowany do poczekalni, widzę tam Lenę, wyraźnie bladą i zaniepokojoną. Na mój widok podrywa się.
– Co z Klarą? – pytam.
– Krystian, ona… przestała oddychać – mówi drżącym głosem. – W karetce się zatrzymała, reanimowali ją. Teraz jest na OIoMie. Lekarze mówią, że najbliższe godziny będą decydujące.
Przytula się do mnie. Jestem równie wstrząśnięty jak ona.
– Zabiję go – odzywam się. – To przez niego to wszystko. Gdyby się nią po ludzku zajmował, nie wyszłaby z domu, nie zachorowałaby. Boże, ja go po prostu zabiję.
– Nie, tu zemsta nie pomoże – odpowiada Lena. – Musimy wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że Klara z tego wyjdzie. Przecież jest silną dziewczynką.
– Aha – odpowiadam, chociaż nie wyglądam na przekonanego.
Nie wiem, ile tak stoimy, ale na widok lekarza stającego w drzwiach mam wrażenie, że zaraz zatrzyma mi się serce.
– Co z Klarą? – pytam niemal bez tchu.
– W tym momencie jej stan jest krytyczny – odpowiada lekarz. – Wprowadziliśmy ją w stan śpiączki, najbliższe godziny będą decydujące. Jest stan gwałtownie się pogorszył podczas transportu do szpitala, kilka razy musieliśmy ją reanimować, w tym momencie nie jest w stanie oddychać samodzielnie.
Patrzę najpierw na niego, potem na Lenę.
– Nie, to niemożliwe – udaje mi się powiedzieć.
– Proszę nie tracić nadziei. – Doktor patrzy na mnie uważnie. – Mała wbrew wszystkiemu jest silna, na pewno przeżyje.
Nie odpowiadam.
– A możemy ją zobaczyć? – Lena bierze mnie za rękę.
– Tak, oczywiście – odpowiada lekarz. – Ale po kolei, jeśli można.
Odpowiadamy skinieniem i idziemy za nim na oddział intensywnej terapii.
– Wejdź pierwszy – mówi Lena cicho. – W końcu to twoja siostra.
Uśmiecham się blado i znikam za przeszklonymi drzwiami. Na widok Klary, podpiętej do całej aparatury, czuję jak ściska mnie coś żołądku. Siadam na krześle przy łóżku i niepewnie biorę ją za rączkę.
– Słoneczko – odzywam się miękko. – Wiem, że mi nie odpowiesz. Ale proszę, wróć do mnie. Nie pozwolę cię więcej skrzywdzić, obiecuję, ale nie możesz się poddać. Musisz walczyć… Musisz…
Głos mi się łamie. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji. Jako policjant byłem świadkiem mnóstwa takich sytuacji, ale nie dotyczyły one bezpośrednio mnie, więc teraz czułem się naprawdę okropnie.
– Słońce, gdybym wiedział, że… że mój ojciec jest twoim tatą… Kochanie, proszę cię, walcz. Przecież jesteś silna, wiem, że tak jest. Tyle przetrwałaś, to i to przetrwasz. Kochanie, proszę.
Nie wiem, ile tak siedzę, wpatrując się w jej małą, bladą, niewinną twarzyczkę i wsłuchując w pikanie aparatury medycznej. Jestem tak zamyślony, że dopiero czyjś delikatny dotyk na ramieniu wyrywa mnie z odrętwienia.
– Krystian, chodź – słyszę cichy głos Lenki. – Nie możesz tu przesiedzieć całej nocy.
– Ale chcę – odpowiadam. – Zobacz, jak ona niewinnie wygląda, no zobacz.
– Wiem. – Lena przenosi wzrok na Klarę. – Wiem. Ale wyjdzie z tego. Silna jest, zobaczysz. No chodź.
Z westchnieniem pozwalam się jej wyprowadzić przed szpital. Wdycham świeże powietrze, patrząc w przestrzeń. Odruchowo wyciągam z kieszeni papierosy, chcąc zapalić, po chwili chowam je z powrotem.
– Nie palisz? – Lena patrzy na mnie zaskoczona.
– Nie – odpowiadam. – Rzucam palenie. Nie wiadomo, czym się skończą powikłania małej, nie chcę, by przez moje papierosy miała jeszcze większe problemy.
Lena gwiżdże cicho.
– Ciekawe, jak długo wytrzymasz – mówi ze śmiechem.
– Już o to się nie bój. – Mrugam do niej. – A w razie co, będziesz mnie stopować.
– Ja? – Jej oczy otwierają się szeroko.
– Nie, Kleopatra – odcinam się. – Tak, ty. Bo tylko ty na razie o tym wiesz i chciałbym, żeby tak pozostało.
– A Olo? Jest w końcu twoim przyjacielem.
– Dowie się, w swoim czasie. – Uśmiecham się lekko, lecz zaraz na powrót poważnieję.
– Chodź. – Lena ujmuje mnie za rękę. – Pojedziemy do domu, prześpisz się. Zobaczymy, jak Frania się ma, nie powinna na tak długo zostawać sama.
– Jasne – mówię z westchnieniem. – Masz rację. Ale…
– Jedziesz ze mną – wpada mi w słowo. – Nie będziesz teraz sam. Nie pozwolę na to, żebyś się zadręczał, w pustym domu. A poza tym, mam wobec ciebie dług wdzięczności za tamto. Wiesz, wtedy, kiedy tak strasznie się bałam po rozmowie z Franią.
Znowu się uśmiecham.
– A ja ci tyle razy powtarzałem, że nie masz mi za co dziękować – mówię. – No ale skoro chcesz się zrewanżować, to bardzo proszę.
Ona śmieje się cicho i idzie w stronę mojego samochodu.
Tak minęło kilka dni. Stan Klary uległ drobnej poprawie, ale nadal była utrzymywana w śpiączce. Mimo nawału obowiązków, które miałem w pracy, zawsze po skończeniu służby jechałem do szpitala, by spędzić z nią chociaż kilkanaście cennych minut. Lenka bardzo mnie wspierała. Gdy ja nie mogłem pojechać do małej, robiła to ona, a potem przekazywała mi informacje o jej stanie. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym był z tym sam. Chyba nie dałbym rady.
W tydzień później po tych wszystkich rewelacjach wróciłem do domu. Przed blokiem spotkała mnie jednak przykra niespodzianka. Wpadam na mojego ojca, kompletnie pijanego.
– Czego tu chcesz? – pytam, nie mogąc usunąć jadu z głosu.
– Przyszedłem porozmawiać – odpowiada bełkotliwie. – Możesz… Możesz mnie wpuścić?
– Chyba nie mam innego wyboru – stwierdzam chłodno. – Chodź.
Biorę go za rękę i z trudem wtaczam po schodach do mieszkania. Kiedy już jesteśmy w środku, prowadzę go do salonu i sadzam na kanapie. Sam idę po coś do picia.
– Więc o czym chciałeś porozmawiać? – odzywam się.
– W zasadzie to o niczym – odpowiada. – Jak się czuje… Klara?
– Bez zmian – odpowiadam. – A zresztą, po co pytasz? Przecież ona i tak cię nie interesuje.
Wstaję i idę do pokoju po dyktafon. Nie wiem, po co go biorę, ale mam niejasne przeczucie, że ta rozmowa może mieć jakieś głębsze znaczenie. Czasem instynkt policjanta daje znać o sobie w taki nietypowy sposób.
– No więc – mówię, wracając do salonu. – Już ja zadbam o to, by Klara do ciebie wróciła.
On uśmiecha się, jakby smutno. Czyżby nie wyczuł sarkazmu w moim głosie?
– Gdyby nie ja, miałaby teraz matkę – stwierdza, a mnie mrozi krew w żyłach.
– Co? – pytam. – Co ty mówisz?
– To przeze mnie Kinga nie żyje – odzywa się ponuro.
– Co takiego? – pytam ostro.
– To był wypadek… – Wzdycha. – Pokłóciliśmy się… Niedobrze mi.
– No nie – jęczę.
Biorę go za rękę i ciągnę do łazienki. Gdy już skończył, wracamy z powrotem do pokoju.
– No więc, co z tą Kingą? – pytam.
– To był wypadek – powtarza, patrząc na mnie trochę bardziej trzeźwo. – Wróciłem do domu… Byłem pijany, pokłóciliśmy się… Już nie pamiętam, o co poszło. Chyba miała do mnie pretensje o to, że nie zajmuję się Klarą. Że poświęcam im obu zbyt mało czasu. Nie wytrzymałem. Popchnąłem ją, ona upadła, uderzyła głową o kant stołu i… Ja naprawdę, chciałem ją ratować. Ale byłem pijany, zamroczony…
– Chcesz mi powiedzieć… – Jestem tak wstrząśnięty, że ledwo mogę mówić. – Chcesz mi powiedzieć, że przez ciebie Klara straciła matkę? Jesteś… Jesteś beznadziejny!
Patrzę na niego z pogardą. Wiem jednak, że w tej chwili muszę trzymać nerwy na wodzy. Wyłączam nagrywanie i chowam dyktafon do kieszeni. Widzę, jak się kiwa na kanapie. Siłą udaje mi się go namówić, żeby poszedł spać. Sam natomiast postanawiam zadzwonić do Leny. Odbiera po pierwszym sygnale.
– Lenka? – odzywam się. – Możesz przyjechać?
– Krystian, co się stało? – pyta, a ja orientuję się, że musiała wyczuć moją zmianę nastroju.
– Proszę cię, przyjedź, mam bardzo ważne informacje.
– No dobrze… Niedługo będę – mówi uspokajająco, a ja oddycham z ulgą.
W kilkanaście minut później słyszę dzwonek do drzwi. Od razu podbiegam, a gdy je otwieram, porywam Lenę w objęcia.
– Hej… Hej, co się stało? – Jest zaskoczona. – Krystian…
– To on… – mówię, czując się naprawdę rozstrojonym. – To on to zrobił, rozumiesz?
– Ale co? – Odsuwa mnie od siebie na wyciągnięcie ramion i patrzy mi w oczy. – I kto?
– Chodź. Chodź do mnie do sypialni – odzywam się cicho. – On śpi w salonie, nie chcę, żebyś go widziała w takim stanie.
Krzywię się boleśnie. Kiedy zamykam drzwi od sypialni i siadamy przy sobie na łóżku, wyciągam z kieszeni dyktafon.
– Po co ci to? – Lena otwiera szeroko oczy.
– Słuchaj – mówię krótko i puszczam nagranie.
Przez cały czas jego trwania obserwuję ją uważnie. Widzę, jak z każdą minutą jej oczy otwierają się coraz szerzej. Gdy nagranie dobiega końca, jest biała jak kreda.
– Ale to… Przecież to… O Boże.
– No właśnie – potwierdzam ponuro. – Jak wytrzeźwieje… Nie wiem, trzeba by jakieś śledztwo przeprowadzić, czy co.
– Ale po co śledztwo, skoro on się do wszystkiego przyznał?
– Tylko zrobił to po alkoholu – zauważam. – A ja potrzebuję jasnych dowodów, trzeźwych.
– No tak, wiadomo. – Lena zamyśla się. – Trzeba pogadać z Zarębskim, on na pewno powie ci, co z tym zrobić.
– Ale chyba już nie dzisiaj – stwierdzam. – Późno jest. Zostaniesz ze mną?
– A chcesz? – Patrzy mi w oczy, a jej spojrzenie jest jakieś takie… inne.
– A co z Franią? – pytam cicho.
– Ania ją zabrała na kilka dni do siebie, bo wróciła. Jest bezpieczna – odpowiada, przybliżając się do mnie.
– To chcę – mówię cicho. – Jeśli ty też tego chcesz.
Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Nie wiem, jak to się dzieje, ale nagle przyciągam ją do siebie i zaczynam całować. Nie potrafię się opanować. W jej oczach widzę zaskoczenie, ale nie odsuwa się. Wręcz przeciwnie, odwzajemnia moje pocałunki z równą żarliwością. Po chwili koniec. Tak jak nagle się zaczęło, tak nagle się skończyło.
– Co… Co to było? – Jest chyba lekko przestraszona.
– Ja… nie wiem – odzywam się. – Lenka, zapomnij o tym… Proszę, zapomnij.
W odpowiedzi uśmiecha się tylko, ale ja wiem, że żadne z nas o tym nie zapomni. Że będzie to do nas wracać w snach, chociaż żadne z nas się do tego nie przyzna. Że będziemy o tym myśleć każdego dnia, gdy będziemy ze sobą rozmawiać. I wiem, że któregoś dnia nas to zniszczy. Ale już nie było odwrotu. Stało się, mleko się rozlało, teraz trzeba było je wypić.
– Przepraszam… – szepczę cicho.
– Nie, to ja przepraszam – odpowiada cicho. – Mogłam się odsunąć. Ale nie potrafiłam. Przepraszam.
Nic nie mówię. Po prostu ją przytulam. Czuję jak drży. Czekam, aż się uspokoi, po czym układam ją obok siebie na łóżku i obserwuję jej twarz, czekając, aż zaśnie.
Następnego dnia pojawiam się biurze naczelnika dość wcześnie.
– No co tam, Krystian? – pyta na mój widok.
– Szefie, bo jest sprawa – zaczynam niepewnie. – Moglibyśmy się z Olo zająć… pewnym śledztwem?
– No, tak się składa, że macie akurat sprawę do rozwiązania – mówi naczelnik.
– Ehm. – Odchrząkuję. – No, tak, ale… jest jeszcze jedna sprawa. Znaczy… Wie szef, bardziej prywatna.
– No to mów, o co chodzi, a nie się bawisz w kotka i w myszkę, bo cierpliwość stracę.
– Ale że Krycha jest kotkiem, a szef myszką? – Olgierd staje w drzwiach.
Odwracam się do niego z groźną miną, ale uśmiech psuje powagę sytuacji.
– Nie bawmy się w takie szczegóły – odpowiada Zarębski. – Mów, co jest grane.
– Bo ja, szefie, znalazłem dziewczynkę Jakis czas temu – odzywam się. – Wie szef, mówiłem o niej. A wczoraj dowiedziałem się, że… Zresztą, sami posłuchajcie. Tak, Olo, ty też, chodź tu.
Gdy mój przyjaciel podchodzi bliżej, wyciągam dyktafon i włączam zarejestrowane nagranie.
– To mój ojciec – wyjaśniam, widząc ich pytające spojrzenie. – Napił się wczoraj, przyszedł i się wygadał. Co mam robić? Trzeba przecież jakoś się tą sprawą zająć.
– Możecie zająć się tą sprawą – stwierdza Zarębski po namyśle. – Ale bardzo ostrożnie. Nie mamy żadnych akt, więc odgrzebanie tego i dojście do prawdy będzie trudne.
– A nie można po prostu poczekać, aż twój ojciec wytrzeźwieje, przyciągnąć go tu przycisnąć? – pyta Olo.
– Chciałbym mieć jeszcze jakieś potwierdzenie – stwierdzam. – Zanim go na dobre przesłucham. Nagranie niewiele nam daje, może powiedzieć, że był pijany, więc niczego nie pamięta.
– Co fakt, to fakt. – Olo przygryza wargę. – No dobra, to co robimy?
– Jedźcie wypytać sąsiadów – oznajmia naczelnik. – Może ktoś wam coś powie. Weźcie zdjęcie Klary i rozejrzyjcie się. A właśnie, jak ona się czuje?
– Niewiele lepiej – odpowiadam i wzdycham. – Po pracy jadę do szpitala.
Zarębski kiwa głową i odprawia nas skinieniem ręki.
Gdy wychodzimy z gabinetu naczelnika, pierwsze kroki kierujemy do pokoju Leny.
– Hej Lenka – odzywam się.
– No co tam, chłopaki? – pyta, mrugając do mnie ukradkiem.
– Mogłabyś mi sprawdzić, gdzie dziesięć lat temu mieszkał mój ojciec wraz z Klarą i jej matką? Bardzo to dla mnie ważne.
– Czyli jednak Zarębski zgodził się na to, byście zajęli się tą sprawą? – pyta, a ja odpowiadam skinieniem.
Widzę spojrzenie Olgierda. Najwidoczniej jest w szoku, że Lena o wszystkim wie, ale nie zamierzam mu w tej chwili niczego tłumaczyć.
– To jest jakaś mała wioska pod Warszawą – odzywa się Lenka po paru minutach. – Tu macie mapkę, zobaczcie sobie.
Podchodzimy bliżej.
– O kurczę. Ja znam to miejsce – odzywam się. – Wiem, gdzie to jest. Chodź, Olo.
– Dzięki – rzuca Olgierd w jej stronę, po czym oboje opuszczamy pomieszczenie.
Po czterdziestu pięciu minutach docieramy na miejsce.
– Kurczę – odzywa się Olo. – Nic dziwnego, że twój ojciec się stąd wyniósł razem z małą. Strasznie tu ponuro jest.
– On się nie dlatego wyniósł – zauważam ironicznie. – Chodź, może się czegoś dowiemy.
Po paru minutach docieramy do pierwszego domu. Na ganku widzimy jakąś małą dziewczynkę, nie mogącą mieć więcej niż siedem lat, bawiącą się najprawdopodobniej w jakiś domek dla lalek.
– Hej mała – mówi Olo przyjaźnie. – Jest ktoś z dorosłych w domu?
– Mama jest w kuchni – odpowiada dziewczynka. – Zalaz po nią pójdę.
Po tych słowach znika nam z oczu, by wrócić chwilę później ze swoją mamą.
– Dzień dobry, aspirant sztabowy Olgierd Mazur…
– Starszy aspirant Krystian Górski, czy moglibyśmy z panią porozmawiać?
– Policja? – Jest zaskoczona. – Proszę, niech panowie wejdą.
– Nie chcemy pani sprawiać kłopotu – wyjaśniam, wyciągając zdjęcie. – Czy zna pani tą dziewczynkę?
Kobieta przez chwilę przygląda się fotografii.
– Coś kojarzę, ale… niewiele. Przykro mi, chyba nie będę panom w stanie pomóc. Ale moja mama na pewno będzie ją pamiętać, niedługo powinna wrócić z kościoła. Jeśli panowie chcą, mogą zaczekać.
– Dobrze, dziękujemy – mówi Olgierd i tym sposobem dostajemy się do mieszkania miłej pani.
Po dwudziestu minutach do mieszkania wchodzi starsza kobieta. Na nasz widok blednie.
– Mamo, spokojnie. – Jej córka podchodzi do niej i pomaga jej usiąść na przeciwko nas. – Panowie przyszli tylko porozmawiać.
– Mój Boże. – Ona patrzy na nas. – Czy ktoś z nas zrobił coś nie tak?
– Nie nie. – Olgierd uśmiecha się. – Chcielibyśmy panią zapytać o pewną dziewczynkę i jej rodziców.
Pokazuję zdjęcie Klary. Na jej widok kobieta uśmiecha się smutno.
– Tak, oczywiście, że pamiętam tą dziewczynkę – mówi. – Ją i jej rodziców także. Kinga to była taka obrotna dziewczyna. Bardzo często mnie odwiedzały, gdy Klara była malutka. Ale po pewnym czasie przestały. Jakby zapadły się pod ziemię. Dowiedziałam się później, że mama dziewczynki nie żyje. Bardzo ogromny cios to był, bo wiedzą panowie, jak to jest, kiedy dziecko zostaje bez rodzica.
Kiwam głową, nie będąc w stanie nic powiedzieć.
– A wie pani, co się stało z ojcem dziecka? – pyta Olgierd.
– Pan Andrzej? – Kobieta uśmiecha się gorzko. – To dziwny człowiek był, wiedzą państwo? Nie raz słyszałam, jak sąsiedzi opowiadali, że w tej rodzinie źle się dzieje. A Kinga, jak przychodziła, też wyglądała na przygnębioną. Chciałam jej pomóc, ale nie skarżyła się, nic nie mówiła, więc nie pytałam.
– Dziękujemy pani – mówię cicho. – Bardzo nam pani pomogła.
– Nie ma za co. – Kobieta znowu się uśmiecha. – A dlaczego pytacie o to dziecko?
– Mamy podejrzenie, że mama małej Klary została zamordowana – wyjaśniam.
– Zamordowana? – Starsza pani jest wyraźnie przerażona. – Mój Boże, co za nieszczęście.
– Proszę się nie bać, to tylko podejrzenia – uspokaja ją Olgierd. – Jeszcze raz bardzo pani dziękujemy, do widzenia.
– Do widzenia, do widzenia! – woła w odpowiedzi.
– Co teraz robimy? – pyta Olgierd.
– Idziemy pytać dalej – odpowiadam cicho.
Za wszelką cenę staram się nie myśleć o tej sprawie w kategoriach prywatnych, ale wcale nie jest to takie proste. Chodzi w końcu o moją siostrę, która nadal walczy w szpitalu o życie i o mojego ojca, który, najprawdopodobniej, jest mordercą.
– Krycha, spokojnie. – Olo przystaje i kładzie mi rękę na ramieniu. – Rozwiążemy tą sprawę, obiecuję. Jeśli twój ojciec faktycznie jest mordercą, odpowie za to, słyszysz?
– Dzięki. – Przełykam ślinę, czując, że mój głos brzmi dziwnie obco. – Dzięki, stary, naprawdę… To bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeśli Klara… umrze…
– Hej, nawet tak nie myśl. – Klepie mnie po plecach. – Chodź, napijemy się mocnej kawy, bo bez tego nie dasz rady chyba prowadzić śledztwa dalej.
Kiwam głową, po czym wsiadamy do samochodu i wracamy na komendę.
W drodze na komendę, odzywam się cicho do Olgierda:
– Moglibyśmy pojechać do szpitala? Proszę. Chcę zobaczyć, co z Klarą.
– No jasne – mówi Olo. –
– Dzięki. – Oddycham z ulgą.
Do szpitala docieramy pół godziny później.
– To ja tu na ciebie poczekam – odzywa się Olo. – Tylko postaraj się nie za długo, mamy mało czasu.
Odpowiadam skinieniem głowy i wchodzę do pomieszczenia. Na lekarza prowadzącego Klarę wpadam, ledwo przekraczam próg oddziału.
– Co z moją siostrą? – pytam.
– Jej stan się powoli poprawia – odzywa się. – Jeszcze jest w śpiączce, ale myślę, że za dzień, góra dwa będziemy mogli ją wybudzić, jeżeli nic się nie zmieni na gorsze.
Czuję jak ogarnia mnie prawdziwa ulga. Wypuszczam powietrze z płuc.
– Dziękuję… – szepczę. – Tak ogromnie panu dziękuję. To tak wiele dla mnie znaczy… Nie przeżyłbym, gdyby ona… No wie pan.
– Wszystko jest na dobrej drodze. – Lekarz uśmiecha się. – Jeśli pan chce, może ją pan zobaczyć.
Patrzę na niego z wdzięcznością, po czym udaję się na OIOM. Jest taka bezbronna pod tą aparaturą, że znowu coś mi się ściska w żołądku. Siadam przy niej i przez kilkanaście minut po prostu trwam, wsłuchany w dźwięki aparatury medycznej, nie chcąc przerwać tej ciszy.
– Kochanie, walcz… – mówię zduszonym szeptem. – Walcz…
Po tych słowach wstaję, pochylam się nad nią i delikatnie całuję ją w czółko, po czym odwracam się i na palcach wychodzę z pomieszczenia.
– I co z małą? – pyta Olgierd, kiedy pojawiam się w samochodzie.
– Lekarz mówi, że lada moment będą mogli ją wybudzić – odpowiadam. – O ile się jej stan nie pogorszy.
– Trzeba trzymać kciuki – odzywa się Olgierd śmiertelnie poważnie. – Na pewno będzie wszystko dobrze.
– Muszę zadzwonić do Leny – mówię, gdy Olo rusza z przed szpitala. – Muszę jej powiedzieć.
– Dzwoń, dzwoń. – Uśmiecha się w odpowiedzi pod nosem.
– Co się tak uśmiechasz? – Patrzę na niego zdezorientowany.
– Widziałem, jak spoglądaliście dzisiaj na siebie ukradkiem – wyjaśnia. – Nie chcę wnikać, ale coś czuję, że macie jakąś tajemnicę.
Tym razem to ja się uśmiecham.
– A ty takowych nie masz? – Mrugam do niego. – O tobie i Łucji też nikt nie wiedział, do czasu. A teraz co? A teraz sobie razem mieszkacie i jest wam dobrze.
– No pewnie, że jest nam dobrze – odpowiada. – Nigdy nie było lepiej. No ale pogadamy później, przy lepszej okazji niż ta.
– Jasne, panie aspirancie – odpowiadam ze śmiechem.
Wiadomość o poprawie stanu zdrowia małej wyraźnie poprawiła mi humor i nawet dalsze prowadzenie śledztwa zdawało się mnie tak nie męczyć, jak jeszcze przed godziną.
Kolejne próby dowiedzenia się czegoś więcej spełzły na niczym, co irytowało nas obu coraz bardziej.
– Kurde, nie mogę już tak. Jak ludzie nie zaczną gadać, to chyba oszaleję – mówię z irytacją po kolejnej odmowie.
– Czekaj, tu jest jeszcze jeden dom. – Olgierd stara się mnie uspokoić. – Może w końcu czegoś się dowiemy.
Wzdycham, ale posłusznie idę za nim. Gdy pukamy do drzwi, otwiera nam starszy pan. Na nasz widok jest zaskoczony, ale uśmiecha się.
– Panowie do mnie? – pyta.
– Tak – odpowiadamy jednocześnie.
– Chcielibyśmy porozmawiać – dodaję. – Możemy wejść?
– Proszę, oczywiście. – Przepuszcza nas w drzwiach.
– Może się czegoś panowie napiją?- pyta. – Akurat zamierzałem sobie zrobić herbatę.
– Nie, dziękujemy – odpowiada Olgierd. – Czy może nam pan powiedzieć, czy kojarzy pan tą dziewczynkę?
Pokazuje mu zdjęcie. Jego twarz momentalnie się zasępia.
– Jak najbardziej – mówi i wzdycha. – Ta wioska jest tak mała, że wszyscy znają małą Klarę.
– Mhm, tylko jak widać nie każdy chce mówić – zauważam oschle.
– Bo to beznadziejna sprawa jest – stwierdza mężczyzna cicho. – Pan Andrzej, mąż tej biednej dziewczyny, ciągle na nią krzyczał. A ile razy pijany wracał, to nie zliczę. Ja się dziwię, że im się w ogóle udało dziecko… No wiedzą panowie. Bo ta dziewczyna naprawdę nie miała lekko.
Wzdycha.
– Czasem próbowałem mu zwrócić uwagę, żeby jej tak nie traktował, że przecież to kobieta jest, ale on w ogóle mnie nie słuchał, nic do niego nie docierało. Zawsze uważał, że jego powinno być na wierzchu i powtarzał, że to jego kobieta i może sobie ją traktować jak chcę.
– To do niego podobne – stwierdzam, nie mogąc się powstrzymać.
– A to pan go zna? – Mężczyzna robi wielkie oczy.
– Niestety – odpowiadam. – Bo to mój ojciec.
– Rozumiem. – Kiwa głową ze współczuciem. – Czyli ta dziewczynka to…
– Moja przyrodnia siostra – wpadam mu w słowo.
– To się panu trafiło – stwierdza mężczyzna ponuro. – Nieciekawie.
– No wie pan, rodziców się nie wybiera – zauważa Olgierd ostrożnie.
– Co prawda, to prawda. – Mężczyzna wstaje, by zalać herbatę. – Na pewno panowie niczego się nie napiją?
– Ja jednak poproszę herbaty – decyduję się po chwili, czując, że na sucho kolejnych informacji nie przełknę.
– To ja tak samo – dodaje Olgierd z uśmiechem.
Pięć minut później wszyscy troje siedzimy, mając przed sobą parujące kubki z herbatą.
– Więc, jak powiedziałem, pan Andrzej nie traktował dobrze tej biednej dziewczyny. Zwłaszcza, gdy był pijany. Pewnego dnia musiało się tam wydarzyć coś naprawdę okropnego. Mieszkali niedaleko ode mnie, więc wszystko słyszałem. O coś strasznie się pokłócili. Już nie pamiętam o co, ale wiem, że potwornie się pokłócili. Kinga strasznie płakała, on coś krzyczał, potem usłyszałem jej pisk, a później… zaległa cisza. Gdy wybiegłem, żeby pobiec, zobaczyć, co się stało, zobaczyłem pana Andrzeja, wychodzącego z domu z Kingą na rękach. Wsiadł do samochodu i odjechał. Później dowiedziałem się, że umarła, ale ja myślę, proszę panów, że to było nieumyślne spowodowanie śmierci.
Milknie, patrząc po nas uważnie.
– To wszystko, co pan wie? – pytam cicho.
– Tak, wszystko – odpowiada mężczyzna. – Nic więcej nie mam do dodania.
– Dobrze. – Olgierd wyciąga notes. – Spiszę to, co pan powiedział. Mogę prosić dowód osobisty?
W odpowiedzi podaje mu dokument tożsamości.
– Dziękuję, panie Janie – odzywa się Olo po paru minutach. – To wszystko. Dziękujemy za pomoc, bardzo nam to ułatwi dalszą pracę.
– A mogą panowie powiedzieć, gdzie jest teraz mała Klara?
– W tym momencie walczy w szpitalu o życie, ale jej stan już uległ poprawie – odpowiadam. – A później ja się nią zaopiekuję. W końcu jest moją przyrodnią siostrą.
– Niech pan czuwa nad jej małą główką. – Pan Jan patrzy na mnie poważnie. – Żeby już więcej nie musiała cierpieć.
– Na pewno tak będzie – zapewniam go, wstając. – Jeszcze raz bardzo panu dziękujemy.
– Nie ma za co. – Odpowiada smutnym uśmiechem, a my chwilę później wychodzimy i wracamy na komendę.
Kiedy docieramy na miejsce, Olgierd patrzy na mnie poważnie.
– Trzeba tu ściągnąć twojego ojca – mówi.
– O nie, ja tego na pewno nie zrobię – odpowiadam. – Niech go ściągnie inny patrol.
– Dobra, zaraz kogoś się po niego wyśle. – Olgierd uśmiecha się do mnie.
Ja natomiast wstaję.
– Zaraz wrócę – wyjaśniam, widząc jego pytające spojrzenie. – Idę zobaczyć się z Lenką. Choć na moment.
On posyła mi łobuzerski uśmiech.
– A id – mówi. – Przyjdę po ciebie, jak twój ojciec się zjawi.
Odpowiadam skinieniem. Chwilę później staję przed drzwiami pokoju Leny.
– Zajęta jesteś? – pytam cicho.
– Akurat mam chwilę wolnego – odpowiada. – Wejdź.
Podchodzę do biurka i staję obok niej.
– Jak Klara? – pyta, przyglądając mi się. – Dobrze się czujesz? Jesteś blady.
– Klara dobrze – odpowiadam cicho. – Lekarz mówi, że jak jej stan się nie pogorszy, to… będą ją wybudzać ze śpiączki.
Na jej twarzy widzę malującą się ulgę.
– Jak dobrze – odzywa się. – Nie przeżylibyśmy starty tego dziecka.
– Wiem o tym. – Staram się uśmiechnąć. – Lena…
Poważnieję nagle. Biorę jej rękę w swoją.
– Lena, on naprawdę ją zabił – mówię. – Udało nam się porozmawiać z kilkoma osobami… Powiedzieli nam trochę. Mój ojciec naprawdę… To było nieumyślne spowodowanie śmierci. Albo i umyślne… Sam już nie wiem. Ale nie mogę w to uwierzyć. Lenka…
Głos mi się załamuje. Czuję, że jeszcze chwila, a puszczą mi emocje, a na to nie mogę sobie pozwolić. Staram się głęboko odetchnąć.
– Hej. – Ona odkłada książkę, którą trzymała w ręku, podchodzi do mnie i obejmuje mnie ramieniem. – Ja wiem, że to bardzo trudna sytuacja jest dla ciebie, ale… dasz sobie radę. Silny przecież jesteś. Masz dla kogo walczyć. Klara cię potrzebuje.
– Wiem – odpowiadam cicho. – Jaka szkoda, że… nie mogę teraz zapalić. A zrobiłbym to, uwierz. Ale obiecałem sobie, że ze względu na Klarę nie zapalę ani jednego.
Oddycham głęboko. W tym momencie drzwi otwierają się i staje w nich Olo.
– Chodź, Krystian. – Patrzy na mnie. – Zakończmy już tę sprawę.
Patrzę z rozpaczą na Lenkę, ale posłusznie wychodzę z pomieszczenia i udaję się za Olgierdem do pokoju przesłuchań.
– Na pewno dasz radę? – Przyjaciel spogląda na mnie. – Jeśli nie to… poproszę Stefana.
– Nie, nie trzeba – odpowiadam, zaciskając usta. – Chcę od niego to usłyszeć. Chcę, żeby się przyznał, patrząc mi prosto w oczy.
– Dobrze. Zatem chodź. – Wchodzi pierwszy, a ja za nim.
Na widok mojego ojca czuję ogarniającą mnie złość. Staram się jednak trzymać nerwy na wodzy.
– Krystian. – Patrzy na mnie. – Za co to?
– Za co? – Odpowiadam spojrzeniem chłodnym jak stal. – Za zabójstwo.
– Ale ja… ja nie…
– Posłuchaj. – Siadam naprzeciwko niego. – Przeprowadziliśmy z Olgierdem śledztwo. Dwie osoby potwierdziły, że nie działo się u was najlepiej. A sam wczoraj przyznałeś mi się do wszystkiego po pijanemu. Więc jak to jest? Może jak się przyznasz, dostaniesz łagodniejszy wymiar kary.
– No dobrze. – Wzdycha ciężko. – Pokłóciliśmy się. Byłem wtedy nieco wstawiony. Strasznie mnie czymś wkurzyła. Oboje krzyczeliśmy. Miała do mnie pretensje, że nie zajmowałem się Klarą… Że dla nich obu miałem zbyt mało czasu… Byłem tak wkurzony, że nawet zapomniałem o obecności Klary. Nie wytrzymałem w pewnym momencie. Popchnąłem ją, a ona… ona upadła, uderzając głową o kant stołu. Chciałem ją ratować, ale byłem pijany, zamroczony… A kiedy w końcu do mnie dotarło, co się stało, było już za późno, więc…
– Wywiozłeś ją, tak? – pytam. – Tak, to już wiemy.
Milknę, oddychając spazmatycznie.
– Zostajesz zatrzymany pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci – mówię cicho, ale stanowczo. – Krzysiek, zabierz go stąd.
On bez słowa spełnia moją prośbę.
– Krystian! – słyszę wołanie. – Ale ja nie chciałem! Ja naprawdę nie chciałem!
Nie reaguję. Kiedy wychodzą, ukrywam twarz w dłoniach, czując, że teraz naprawdę puszczają mi nerwy.
– Hej, wszystko dobrze? – słyszę głos Olgierda. – Możesz chcesz coś na uspokojenie?
– Nie, dzięki, poradzę sobie – odpowiadam przez palce. – Potrzebuję tylko chwilę czasu.
– Na pewno? – W jego głosie słyszę prawdziwą troskę.
– Mhm – mówię.
Nie wiem, ile tak siedzę, w końcu jednak otrząsam się z tego dziwnego stanu.
– Jadę do domu – oznajmiam. – Sprawa rozwiązana, to najważniejsze.
– Poradzisz sobie sam? – pyta Olo. – Może cię odwiozę.
– Daj spokój, stary, nie jestem małym dzieckiem – odpowiadam z irytacją, po chwili jednak się reflektuję.
– Sorry. – Rzucam mu przepraszające spojrzenie. – Wiem, że się martwisz i doceniam to, ale naprawdę sobie dam radę.
– W porządku. – Olgierd podchodzi i klepie mnie po ramieniu. – Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
– Jasne. – Uśmiecham się lekko. – To na razie.
– No na razie, trzymaj się.
Następnego dnia, gdy pojawiam się w szpitalu, zatrzymuje mnie lekarz.
– Dobrze, że pan już jest – mówi z uśmiechem. – Proszę za mną.
– Co z Klarą? – Czuję ogarniający mnie niepokój.
– Niech pan się nie denerwuje – uspokaja mnie lekarz. – Właśnie będziemy ją wybudzać.
– Naprawdę? – Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami.
W odpowiedzi posyła mi szeroki uśmiech i wchodzi za mną na OIOM. Zastajemy tam już pielęgniarkę.
– Siostro, wybudzamy pacjentkę – oznajmia doktor pogodnie.
Stoję z boku, obserwując całą procedurę uważnie. Po paru minutach słyszę, że mała się dusi.
– Spokojnie, Klarciu, spokojnie, zaraz ci wyjmiemy rurkę z buzi – mówi lekarz łagodnie. – Tylko spokojnie.
Po chwili zalega cisza. Gdy podchodzę bliżej, widzę jej twarzyczkę, bladą, mizerną.
– Gdzie ja jestem? – pyta cichutko.
– Jesteś w szpitalu, kochanie – odpowiadam, czując pod powiekami łzy. – Ale już jest dobrze, wszystko będzie teraz dobrze.
– A pan? Pan cały czas tu był? – Patrzy na mnie niebieskimi oczkami.
– Tak – odpowiadam.
– Kochanie, przewieziemy cię na normalną salę i będziecie mogli sobie spokojnie porozmawiać – mówi pielęgniarka z uśmiechem. – Chodź, słoneczko.
Bierze ją na ręce i sadza na wózku. Parę minut później docieramy do zwykłej sali.
– Ojejku, jak tu ślicznie! – woła mała z zachwytem.
– Cieszymy się, że ci się podoba – odpowiada lekarz. – Panie Krystianie, niech pan później do mnie zajrzy, dobrze?
Odpowiadam skinieniem, a on wraz z pielęgniarką wychodzi. Przez chwilę przyglądam się małej, rozpromienionej twarzyczce.
– Słońce – zaczynam łagodnie. – Muszę ci coś powiedzieć. Nie musisz… nazywać mnie panem. Bo widzisz… Twój tatuś jest też moim tatusiem.
Jej oczy otwierają się szeroko.
– Jak to? – pyta. – Czyli moja mamusia była też twoją mamusią?
– Nie, kochanie. – Staram się wyjaśnić jej to jak najłagodniej. – Po śmierci mojej mamy twój… nasz tatuś związał się z twoją mamą.
– Czyli jesteśmy rodzeństwem! – woła uradowana. – Super! Zawsze chciałam mieć starszego brata!
– Cieszę się. – Uśmiecham się naprawdę szczerze. – Poczekasz tu teraz? Pójdę porozmawiać z panem doktorem.
– Jasne, braciszku – odpowiada, ściskając moją rękę swoją drobną rączką.
Z trudem udaje mi się uniknąć wzruszenia na „Braciszka”. Udaję się do gabinetu lekarskiego.
– Kiedy małą będę mógł zabrać do domu? – pytam.
– Jeśli nic się nie zmieni, to za trzy dni będzie taka możliwość. – On nadal się uśmiecha pogodnie. – Mała jest bardzo silna. I dzielna.
– Wiem o tym – odpowiadam, wzdrygając się, myśląc o tym, że tyle już musiała przejść.
– Niech pan się nią dobrze opiekuje – dodaje. – Ona naprawdę zasłużyła na to, by być szczęśliwą.
– Postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy – zapewniam go. – Jeszcze raz bardzo panu dziękuję za wszystko.
– Nie ma za co. Taka jest moja praca – mówi. – Do widzenia, panie Krystianie.
– Do widzenia, panie doktorze – odpowiadam.

Kategorie
Lena i Krystian - Po trupach do celu

03 – Lena

Od dnia, w którym tak brutalnie przyszło mi się rozstać z Franią, minął miesiąc, a ja starałam się każdego kolejnego dnia nie popadać w panikę. Co prawda Frania co jakiś czas dzwoniła do mnie, zapewniając mnie, że u niej jest wszystko w porządku, lecz w jej głosie słyszałam coś, co za każdym razem napawało mnie niepokojem.
Nadszedł luty, a ja postanowiłam wziąć kilka dni urlopu. Nie mogłam skupić się na pracy, odpoczynek zdecydowanie był mi potrzebny.
– Hej, Lenka! – słyszę za sobą wołanie Krystiana.
Wychodziłam akurat z komisariatu. Odwracam się i witam go uśmiechem.
– No co tam? – pytam. – Tylko już mnie nie proś o nic, urlop zaczynam.
– Wiem wiem – mówi. – Ja w zupełnie… Znaczy to bardziej sprawa prywatna.
– No to mów, o co chodzi.
Widzę jak patrzy na mnie przez chwilę, po czym spuszcza wzrok.
– Może… nie tutaj… – bąka.
Jestem zaskoczona, ale pozwalam mu się wyprowadzić na zewnątrz.
– Więc o co chodzi? – dopytuję.
– Bo ja… Czy ty… – Jest wyraźnie zakłopotany. – Chciałbym cię zaprosić do kina.
– Do kina? – Robię wielkie oczy.
Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co właśnie mi powiedział.
– No… tak – mówi. – Na film. Niedługo Walentynki, więc pomyślałem, że… miło byłoby spędzić czas razem.
Jestem tak zaskoczona, że przez dłuższą chwilę stoję jak wrośnięta w ziemię.
– Hej, Lenka. – Krystian niepewnie kładzie mi rękę na ramieniu, co mnie przywraca do rzeczywistości.
– Ee… co? – pytam. – Eee, tak, już, poczekaj. Więc do kina, mówisz? A na jaki film?
– Wybralibyśmy coś razem – odpowiada. – Zdaję się na ciebie. No to jak?
– Zgadzam się – mówię, a on uśmiecha się.
– Super! – woła. – W takim razie wpadnę do ciebie dzisiaj wieczorem i coś wynajdziemy. Może być?
Odpowiadam skinieniem, a on, wyraźnie rozluźniony, ściska mnie za rękę.
– To do zobaczenia wieczorem – mówi.
– Do zobaczenia, Krysiu – odpowiadam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok jego miny.
– Czy ty przestaniesz wreszcie mnie tak nazywać? – pyta.
– A czy ty przyzwyczaisz się, że ja tak po przyjacielsku? – odcinam się.
– Oj, Lenka, Lenka – rzuca w odpowiedzi i odchodzi.
Wieczór nadchodzi bardzo szybko. Siedzę akurat przed telewizorem i patrzę na jakiś film, gdy rozlega się dzwonek do drzwi.
– Już idę! – wołam.
Chwilę później widzę przed sobą uśmiechniętego Krystiana.
– Witaj, księżniczko – mówi, czym mnie kompletnie rozbraja.
– No dzień dobry panu – odpowiadam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – A pan w jakiej sprawie?
– Nie cierpiącej zwłoki – oświadcza i oboje wybuchamy śmiechem.
– Skoro tak, to zapraszam – oznajmiam i prowadzę go do pokoju.
– O, widzę, że ktoś tu ogląda jakiś kryminał – zauważa, widząc, co leci w telewizji.
– Ee nie, tak w sumie siedziałam i patrzyłam, dla zabicia czasu – odpowiadam. – Czego się napijesz? Kawy, herbaty, soku?
– A coś mocniejszego masz? – pyta.
– Niestety nie. – Rzucam mu spojrzenie pełne rozczarowania.
– W porządku. To w takim razie sok wystarczy.
Bez słowa udaję się do kuchni. Kiedy wracam, załączam laptopa i oboje z Krystianem pochylamy się nad repertuarem kin.
– Ej, to może być dobre – odzywam się po dłuższej chwili. – Co prawda ma wątek romantyczny, ale… w sumie, lubię takie.
– Powiedziałem ci przecież, że zdaję się na ciebie – odpowiada Krystian. – Także wiesz… Ty wybierasz, a ja kupuję bilety.
– Ok. – mówię. – W takim razie idziemy na ten film. "Planeta Singli 2".
– Poczekaj, muszę sobie to zaznaczyć w kalendarzu – śmieje się Krystian, wyciągając telefon z kieszeni.
– Jasne. – Odpowiadam uśmiechem.
Siedzimy tak jakiś czas, aż w końcu Krystian oznajmia, że musi się zbierać. Nie zatrzymuję go, bo po co? Kiedy wychodzi, sama udaję się w objęcia morfeusza.
W środku nocy jednak coś wyrywa mnie ze snu. Kiedy otwieram oczy, przez moment nie wiem, skąd dobiega dźwięk, ale po chwili uświadamiam sobie, że to mój własny telefon. Przecieram oczy i biorę go do ręki. Na wyświetlaczu widzę jakiś nieznany mi numer. Z niepewnym wahaniem odbieram.
– Tak? – pytam.
– Cio… Ciocia… – słyszę po drugiej stronie głos Frani, a jest w nim tyle rozpaczy, że niemal przestaję oddychać.
– Kochanie, co się stało? – pytam, rozbudzając się kompletnie.
Słyszę jak mała bierze głęboki oddech.
– Mama nie wie, że dzwonię – zaczyna mówić bardzo szybko. – Nikt nie wie. Oni teraz poszli do jakiegoś klubu, a ja… Ciociu, zabierz mnie stąd, proszę.
– Poczekaj, powoli. – Staram się ją jakoś uspokoić. – Możesz mi powiedzieć, co się dzieje?
– Nie mogę. Ciociu, mam bardzo mało czasu. Oni w każdej chwili mogą wrócić, a ja… ja tak strasznie się boję. Proszę, zabierz mnie stąd jak najprędzej. Ja już nie chcę być z mamą i tym… Wujek Matthew… Ciociu, nie mogę…
Połączenie raptownie się urywa, a ja nadal trzymam telefon przy uchu, będąc w głębokim szoku.
"Boże, co się tam dzieje?" – przebiega mi przez myśl.
Dopiero, kiedy udaje mi się dojść do siebie, spoglądam na zegarek. Druga w nocy. Czyli u Frani musi być pierwsza. Wstaję i w tempie ekspresowym zaczynam się ubierać. Wiem, że tym razem sprawa nie może czekać do rana. Na całe szczęście mam w telefonie rejestrator rozmów głosowych, więc mogę pokazać nagranie na komendzie. Trzęsącymi się dłońmi wybieram numer Krystiana.
"Odbierz, błagam cię, odbierz" – mówię w myślach.
W końcu odbiera, po czwartym sygnale.
– Lenka? – słyszę w słuchawce jego zaspany głos.
– Hej – odpowiadam, ledwo panując nad drżeniem głosu. – Krystian, wiem, że jest późno, ale… potrzebuję waszej pomocy. Twojej, Olgierda i Łucji. Frania do mnie zadzwoniła.
– Frania? – pyta, w moment się rozbudzając. – Co się stało?
– Jak przyjedziecie, wszystko wam opowiem – odpowiadam. – Możesz zadzwonić do Olgierda i Łucji?
– Jasne – odpowiada. – Będziemy u ciebie za godzinę maksymalnie.
– Dzięki. – Oddycham z wyraźną ulgą.
– Drobiazg – słyszę w odpowiedzi.
Czas zdaje się ciągnąć wieczność. Nie potrafię usiedzieć na miejscu, chociaż wiem, że powinnam być opanowana. Nie jestem w stanie jednak zachować spokoju, zwłaszcza, że wciąż w głowie słyszę zrozpaczony głos Frani. W końcu po czterdziestu pięciu minutach słyszę dzwonek zwiastujący przybycie przyjaciół. W ciągu kilku sekund otwieram drzwi.
– Nareszcie! – wołam. – Boże, już myślałam, że…
– Lenka, opowiadaj, co się dzieje – przerywa mi Olo, a ja cieszę się, że od razu przechodzi do rzeczy.
Prowadzę ich do pokoju, a następnie puszczam nagranie zarejestrowane telefonem.
– Nie powiedziała ci za wiele – zauważa Łucja.
– Bo nie mogła – dodaje Krystian, pocierając czoło w zamyśleniu. – Ale słychać, że jest przerażona.
– Będziemy musieli ten numer namierzyć – oznajmia Olgierd rzeczowo.
– Ale jak chcecie to zrobić? – pytam.
– Ktoś cały czas z tobą będzie musiał być… – Olgierd wyraźnie się waha.
– Nie, wiecie co? Mam inny pomysł – podejmuje Krystian. – Lenka, jutro z rana pójdziesz do Zarębskiego, pokażesz mu to nagranie, a on zdecyduje, co z tym dalej zrobić.
– A ja nadam komunikat w Interpolu – dodaje Łucja. – Wspólnymi siłami spróbujemy w jak najkrótszym czasie dowiedzieć się, co tam się dzieje i gdzie znajduje się mała, żeby ją odbić. Grunt to teraz nie popadać w panikę.
– Nie popadać w panikę? – Zrywam się na równe nogi. – Ale jak mam nie popadać w panikę, skoro tu chodzi o życie mojej siostrzenicy?
– Rozumiem, Lenka, że jest ci ciężko – odzywa się Krystian łagodnie. – Ale musisz to przetrwać. Musisz wytrzymać do czasu, aż się czegoś nie dowiemy, rozumiesz?
Niechętnie kiwam głową. Rozumiałam, oczywiście, że rozumiałam, ale rozumieć to jedno, a przetrwać, to drugie.
– Może… – Łucja patrzy na mnie niepewnie. – Może niech Krystian z tobą zostanie? Będzie ci łatwiej przetrwać do rana.
– Mhm – mówię cicho.
Tak naprawdę w tej chwili zgodziłabym się chyba na wszystko.
– Nie martw się. – Ona podchodzi do mnie i przytula mocno. – Wszystko się ułoży. Zobaczysz.
– Dzięki. – Usiłuję się uśmiechnąć, lecz wcale mi się to nie udaje. – To do jutra.
– Do jutra, mała. – Olo poklepuje mnie po plecach. – Krycha, opiekuj się nią, dobrze?
– Jasne – odpowiada Krystian, a oni wychodzą, cicho zamykając za sobą drzwi.
– Może postarasz się zasnąć? – Krystian przygląda mi się z widoczną troską.
– Nie – odpowiadam. – Nie chcę spać.
On wzdycha.
– Co mogę dla ciebie zrobić? – pyta.
– Po prostu… Nic nie mów do mnie, ok.?
Odpowiada skinieniem. Siedzimy tak do rana, nic do siebie nie mówiąc. Nie zmrużyłam oka ani na moment, sam Krystian także nie, chociaż mógł.
Około godziny siódmej rozlega się dzwonek do drzwi, a my oboje podrywamy się jednocześnie, jak rażeni piorunem. Jednak okazuje się, że to Olo. Podjechał po nas, żebyśmy się przypadkiem nie rozbili na trasie.
– Dzięki, stary – mówi Krystian. – Sami byśmy raczej nie dotarli na komendę.
– Domyślam się – odpowiada, patrząc to na mnie, to na niego. – Wsiadajcie.
Na miejscu pojawiamy się pół godziny później i pierwsze swoje kroki kierujemy do naczelnika. Na nasz widok, otwiera szeroko oczy.
– Wszyscy troje? Do mnie? – pyta.
– Tak, szefie – odpowiadam. – Bo… dzwoniła do mnie Frania i…
Urywam, czując, że zaczyna łamać mi się głos. Odchrząkuję.
– Ona potrzebuje mojej pomocy – kontynuuję. – Niech szef sam posłucha.
Wyciągam telefon i włączam nagranie, której tej nocy studiowałam już wielokrotnie. Gdy głos Frani milknie, na twarzy Zarębskiego dostrzegam wyraźny niepokój.
– Rozmawiałaś z Łucją? – pyta.
– Tak. Powiedziała, że postara się nadać sygnał w Interpolu.
– Dobrze. W takim razie… Olgierd, Krystian, przydzielam was do opieki nad Leną. Macie monitorować jej telefon. Jak tylko mała w jakiś sposób się z nią skontaktuje, dajcie znać Łucji, a ona niech popchnie sprawę dalej. Czy to jasne?
– Jasne – odpowiadamy jednocześnie.
– W porządku – odpowiada naczelnik. – Działajcie w takim razie.
Bez słowa opuszczamy jego gabinet. Czuję się nieco spokojniejsza, chociaż w środku nadal męczy mnie strach.
Tak minął jakiś czas. Każdy dzień był dla mnie ogromnym stresem, spałam niewiele, o powrocie do pracy na razie nie było mowy. Sam szef nawet na to nie nalegał, za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Dokładnie w tydzień później od pierwszego telefonu Frani, siedziałam w nocy razem z Olgierdem, podczas gdy Krystiana wysłaliśmy na drzemkę, kiedy nagle rozdzwonił się mój telefon.
– To mała – odzywam się, zerkając na wyświetlacz. – Tylko teraz dzwoni z innego numeru.
– Odbierz – mówi Olgierd.
Odchrząkuję i odbieram połączenie.
– Ciociu – słyszę po drugiej stronie. – Przepraszam, ale… ja muszę… Nie przerywaj mi… Mam strasznie mało czasu…
Chcę zadać jakieś pytanie, lecz Olgierd daje mi znak ręką, bym się nie odzywała. W napięciu słuchamy dalszych słów dziewczynki.
– Wujek Matthew mnie bije. Mama o tym nie wie. Nie raz chciałam jej o tym powiedzieć, ale zagroził, że jeżeli pisnę jej choćby słówko, zrobi krzywdę nie tylko mi, ale mamie. Teraz znowu gdzieś poszli. Ciociu, ja tak nie chcę. Nie wytrzymam tego dłużej. Proszę, zabierz mnie stąd.
Gdy milknie, nie mogę wydusić z siebie głosu. Z trudem udaje mi się nad sobą zapanować.
– Zrobię, co w mojej mocy, kochanie – szepczę. – Obiecuję.
– Na pewno? – pyta cichutko.
– Tak – odpowiadam.
W odpowiedzi wzdycha cicho, a ja czuję, że zaraz się rozpłaczę. Kiedy mała się rozłącza, odkładam telefon na stół i ukrywam twarz w dłoniach.
– Hej, Lenka. – Olo kładzie mi rękę na ramieniu. – Popatrz na mnie. Słyszysz? Spójrz na mnie, proszę.
Niechętnie podnoszę wzrok, czując się tak okropnie, jak jeszcze nigdy wcześniej.
– Wszystko będzie dobrze – odzywa się z mocą. – Zobaczysz. Pomożemy ci. Zaraz zadzwonię do Łucji, zajmą się tą sprawą w ciągu kilku godzin. Obiecuję.
Kiwam głową, nie będąc zdolna do wypowiedzenia choćby jednego słowa. Olgierd tymczasem dzwoni do Łucji, a potem, ku mojej rozpaczy, do Krystiana. Wiedziałam, że Krystian powinien o wszystkim wiedzieć, ale nie chciałam, by widział mnie w takim stanie.
– Lena, wszystko będzie dobrze – powtarza cicho Olo, odłożywszy telefon. – Chodź, dam ci coś na uspokojenie, dzięki czemu uda ci się zasnąć.
Posłusznie pozwalam mu się zaprowadzić do sypialni. Czuję się w tej chwili jak zwykła kukiełka, nie mająca własnej woli.
Rano wstaję ledwo przytomna, jednak wiem, że dopóki ta sprawa się nie wyjaśni, nie uda mi się spokojnie przespać ani jednej nocy.
– Boże, Lenka, wyglądasz jak trup! – woła Natalia na mój widok, gdy tylko zjawiam się na komendzie.
Ona też się o mnie martwiła. Zresztą wszyscy byli bardzo zaangażowani w ratowanie Frani, za co byłam im ogromnie wdzięczna.
– Wiem, nie musisz mi tego uświadamiać – odpowiadam. – Widziałaś może Krystiana?
– Aha, siedzi w biurze – odpowiada. – Przepraszam cię, ale muszę lecieć, mamy z Kubą sprawę do rozwiązania. Trzymaj się. Zobaczysz, niedługo Frania będzie z tobą.
– Jasne – mówię, z całej siły walcząc ze sobą, by się nie rozpłakać.
Gdy wchodzę do pokoju chłopaków, zastaję tam Krystiana. Olo po przywiezieniu mnie poszedł zrobić sobie kawy. Na mój widok Krystian podrywa się na równe nogi.
– Lenka, jak się czujesz? – pyta.
– A jak myślisz? – odpowiadam pytaniem.
– Pewnie bardzo ci ciężko – stwierdza, a ja tylko wzdycham.
– Chodź, usiądziesz. – Podchodzi do mnie i pomaga mi usiąść. – Zrobię ci mocnej kawy i poczekamy na jakiś znak od Łucji, może być?
Nie czekając na moją odpowiedź, wychodzi z pokoju, by wrócić trzy minuty później z parującym kubkiem kawy. Tuż za nim szedł Olgierd. Obaj wyglądali na bardziej zmartwionych, niż to okazywali. Czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność, aż w końcu rozdzwonił się służbowy telefon.
– Halo? – pyta Olo. – Tak? Tak, jasne. Ok., w porządku. Rozumiem. Tak, oczywiście. Do widzenia.
Gdy kończy rozmawiać, patrzy na mnie uważnie. Minę ma śmiertelnie poważną.
– Ten cały Matthew… Ludziom z Interpolu udało się zlokalizować, gdzie przebywają twoja siostra wraz z Franią. Londyńska policja tam jedzie, natomiast… Lenka, nie mam dla ciebie dobrych wieści.
Czuję jak blednę. Łyżeczka, którą trzymałam, wyślizguje mi się z ręki, z brzękiem uderzając o stół.
– Theodore Grant, bo tak się nazywa partner twojej siostry…
– Jak? – przerywam mu. – Przecież Frania mówiła, że…
– Wiem, co mówiła – odzywa się łagodnie. – Ale to kłamstwo. On nie nazywa się Matthew White.
Blednę jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że lada moment zemdleję. Dalsze słowa Olgierda docierają do mnie jakby z oddali.
– Ten mężczyzna jest poszukiwanym przestępcą. Został za nim nadany list gończy. Dwa lata temu był oskarżony o molestowanie ośmioletniej dziewczynki, ale nigdy nikomu nie udało się go złapać, gdyż ciągle zmieniał miejsce pobytu, imię i nazwisko także zmienił, jak widzisz.
– Ale… Ale… – Nie mogę znaleźć odpowiednich słów. – Ale przecież…
– Lenka, tylko spokojnie. – Czuję jak ktoś mnie obejmuje ramieniem. Dopiero po chwili orientuję się, że tym kimś jest Krystian. – Londyńska policja nad wszystkim czuwa. Na pewno uwolnią Franię i Anię.
Nie odpowiadam. Pozwalam mu tylko na to, by mnie obejmował, nie mając ani siły ani ochoty zaprotestować.
– Wiecie co? – odzywa się po jakimś czasie Olo. – Jedźmy może do mieszkania Lenki. Tu i tak nic po nas.
– Masz rację – popiera go Krystian, następnie podchodzi do mnie i pomaga mi się podnieść.
– Jesteś strasznie blada – zauważa Olgierd. – Lenka, dobrze się czujesz?
Odpowiadam skinieniem. Poza tym, że martwiłam się o Franię, czułam się całkiem dobrze.
Gdy dojeżdżamy pod mój blok, rozdzwania się telefon służbowy chłopaków.
– Tak? – pyta Krystian.
– Hej – słyszymy głos Łucji. – Gdzie jesteście?
– Pod blokiemLenki – odpowiada Olo. – A co się stało?
– O, to dobrze – odzywa się Łucja. – W takim razie wejdźcie do mieszkania i zaczekajcie tam na mnie.
– Jasne – mówi Olo.
Mam ochotę zadać mnóstwo pytań, ale nie pada ani jedno. Zamiast tego, wysiadam z samochodu i idę przodem, by otworzyć drzwi.
Nie wiem, ile czekamy na Łucję, ale gdy tylko rozlega się dzwonek zwiastujący jej przybycie, wszyscy troje biegniemy w tamtą stronę.
– Cioociaa! – słyszę, ledwo drzwi się otwierają.
Chwilę później czuję obejmujące mnie dłonie siostrzenicy. Mocno ją do siebie przytulam, nie będąc w stanie wyksztusić słowa. Nie powstrzymuję łez, które nagle zaczynają spływać po moich policzkach. Stoję tylko, oddychając z ulgą, że nic jej nie jest, że jest już przy mnie, cała i zdrowa. W końcu odsuwam ją lekko od siebie i prowadzę do pokoju, a pozostali idą za nami. Zaczynam się jej uważnie przyglądać.
– Kochanie… – zaczynam łamiącym się głosem. – Nic… Nic ci nie jest? Tak się bałam… Tak strasznie, ogromnie się bałam.
– Nie, ciociu, mnie… mnie nic nie jest – odpowiada cicho mała. – Jestem tylko bardzo zmęczona i przestraszona, ale… mama…
– Co z Anią? – pytam, odwracając się w stronę Łucji stojącej nieopodal.
Obok niej stoi jakiś mundurowy, najwidoczniej ktoś z interpolu.
– Gdzie jest Anka? – powtarzam pytanie. – Co tam się w ogóle stało?
– Pani siostra jest operowana – wyjaśnia mężczyzna stojący obok Łucji. – Gdy przybyliśmy na miejsce, facet wpadł w szał. Kompletnie się nas nie spodziewał. Wyciągnął nóż, zaczął nim wymachiwać… Frani udało się odskoczyć, ale pani siostra… Była tak przerażona, że nie była w stanie się ruszyć i… trafił w nią. Od razu przewieziona została do szpitala, teraz walczy o życie. Bardzo mi przykro.
Gdyby nie Olo, który podsunął mi krzesło, zapewne bym upadła.
– Ale… Ale… – Nie jestem w stanie wydusić z siebie nic więcej.
Patrzę na wszystkich po kolei, a gdy mój wzrok zatrzymuje się na Frani, przyciągam ją do siebie i mocno przytulam. Mała krzywi się nagle.
– Co się dzieje? – pytam.
– On… On mnie tu… uderzył… – Wskazuje na siniak na plecach.
"Nie, tylko nie to – przebiega mi przez myśl. – Ja chyba więcej nie zniosę".
– Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałaś? – odzywam się łagodnie.
– Ja… nie chciałam cię martwić – odpowiada cicho. W jej oczach dostrzegam łzy.
– Czy Frania była badana? – pytam Łucję i jej kolegę. – Może ma jakieś obrażenia wewnętrzne, a nikt tego nie sprawdził.
– Niestety nie – odpowiada Łucja cicho. – Mała nie chciała zostać w tamtejszym szpitalu.
– W takim razie jedziemy – decyduję, wstając. – Chodź, kochanie. Musimy się dowiedzieć, czy wszystko jest w porządku.
– Ciociu, ale ja… ja się boję… – Jej głos się załamuje.
– Nie bój się. – Biorę ją ostrożnie za rękę. – Ja cały czas przecież jestem i będę przy tobie.
Przez chwilę patrzy na mnie, po czym kiwa lekko głową, a ja biorę to za zgodę.
Minęły trzy dni. Frania na szczęście nie miała dużych obrażeń, ale i tak trzeba było zrobić obdukcję, by móc udowodnić Theodorowi winę. Pocieszające też było to, że operacja Ani się udała, choć od tej informacji, nie miałyśmy więcej żadnych wieści.
Nie puściłam jeszcze Frani do szkoły, a i ona sama nie bardzo mówiła, że chce wrócić. Nadal była bardzo przestraszona, bywało, że budziła się w nocy z krzykiem.
Tak było też z wczoraj na dziś. Zgasiłam właśnie światło i zamierzałam się położyć spać, gdy nagle z drugiego pokoju usłyszałam rozpaczliwy krzyk, który momentalnie się urwał. Przestając myśleć o tym, że jest noc, wbiegam do pokoju siostrzenicy. Leży na łóżku, cała owinięta kołdrą, tak że nawet głowy nie widać. Ostrożnie podchodzę i siadam na brzegu.
– Kochanie – odzywam się łagodnie. – Hej, słoneczko, popatrz na mnie. Skarbie, to ja.
Widzę jak twarzyczka powoli wynurza się z pod kołdry. Jej ciemne włosy opadają na ramiona. Zawsze przed snem zdejmowała gumkę, by się jej wygodnie spało.
– Ciocia? – pyta cichutko. W jej oczach widzę autentyczny strach.
– Jestem – odpowiadam. – Już, już dobrze. Chodź, przytul się, jak chcesz.
Bez słowa przytula się do mnie, a po chwili czuję, jak wstrząsa nią cichy, niepowstrzymywany szloch. Zaczynam gładzić ją po plecach, nic nie mówiąc. Wiem, że słowa nie są w tej sytuacji potrzebne. Że jedyne, co mogę zrobić, to czekać, aż mała się uspokoi. Nie wiem, ile tak siedzimy, czas przestał mieć znaczenie. Gdy jednak w końcu się uspokaja i podnosi na mnie załzawione oczy, czuję jak serce mi się ściska z żalu.
– Ciociu, ja… – zaczyna cicho. – Przepraszam.
– Za co, kochanie? – Jestem zaskoczona. – Nie masz za co mnie przepraszać. To, że teraz tak się czujesz, jest jak najbardziej naturalne. Zapewniam cię, że ktos inny będący na twoim miejscu zachowywałby się podobnie.
– Naprawdę… Naprawdę tak uważasz? – Patrzy na mnie.
– Oczywiście – zapewniam ją. – No już, słoneczko, nie bój się. Jestem przy tobie, nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna.
– Zostaniesz? – pyta.
– Oczywiście. – Przytulam ją jeszcze mocniej, uważając na siniaki.
Siedzimy przez jakiś czas w ciszy.
– Wiesz? – odzywa się nagle. – Kiedy uderzył mnie po raz pierwszy… Nie rozumiałam dlaczego. Nic mu nie zrobiłam, a on… on chyba mnie nie lubił. Najbardziej bałam się tego, że nie wrócę do ciebie. Że mnie nie uwolnisz, że… że zrobi mi coś gorszego. Mi i mamie. To znaczy… Mama nie widziała w nim nic złego. Chodzili wszędzie razem, ja czasami razem z nimi, ale rzadko. A w nowej szkole wcale mi się nie podobało. Z nikim się nie zaprzyjaźniłam. Czułam się tam strasznie samotna. Mówiłam mamie, że chcę wrócić do ciebie, ale do niej nic nie docierało. W końcu którejś nocy nie wytrzymałam. Zaczęłam udawać, że śpię, a gdy mama z wujkiem wyszli, wzięłam jego telefon i zadzwoniłam do ciebie, a potem skasowałam połączenie. Tydzień później powtórzyłam proces, a resztę… resztę już znasz. Każdego dnia czekałam na to, aż ktoś po nas przyjedzie. Wiesz, jak mama zobaczyła tych panów z policji… Bardzo się zdziwiła, a wujek… wujek wpadł w szał, zaczął machać nożem… Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jakim cudem udało mi się uciec. Ukryłam się w drugim pokoju, a potem… usłyszałam krzyk mamy…
Głos jej się załamuje. Bierze głęboki oddech.
– Gdy przybiegłam, leżała cała we krwi… Myślałam, że on ją… zabił…
Milknie na dobre, ukrywając twarz w moim ramieniu.
– Już, już dobrze – mówię łagodnie. – Kochanie, jesteś już bezpieczna. Połóż się, postarasz się zasnąć, dobrze? Posiedzę przy tobie i poczekam, aż zamkniesz oczka. No już, już dobrze, maleńka.
– Kocham cię – szepcze.
– Ja ciebie też, maleńka – odpowiadam. – A teraz naprawdę, postaraj się zasnąć.
W odpowiedzi wyswobadza się z moich objęć i posłusznie kładzie się z powrotem, a ja biorę ją za rękę.
– Śpij, śpij, maleńka – powtarzam cicho.
Przez pewien czas siedzę, obserwując jej twarz. Wygląda tak niewinnie… Tylko dlaczego musi tak cierpieć? Dlaczego moja siostra naraziła ją na takie niebezpieczeństwo? Zawsze była szalona, to prawda, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Wzdycham cicho i wstaję. Upewniam się, czy mała jest dobrze przykryta, po czym, nie gasząc światła, ostrożnie wychodzę z pokoju.
Udaję się do swojego pokoju, gdzie opadam na fotel. Odechciało mi się spać. Patrzę na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Czuję jak puszcza zapora, z której istnienia sobie nie zdawałam sprawy. Po moich policzkach zaczynają spływać łzy. Drżącą ręką biorę telefon ze stolika i wybieram z kontaktów Krystiana.
– Halo? – słyszę po paru sygnałach.
– Krystian? – odpowiadam pytaniem, mając nadzieję, że mój głos nie zdradza żadnych emocji.
-Lenka, co się stało? – pyta zaniepokojony.
– Przepraszam, że… Ale czy… Mam prośbę. Możesz przyjechać?
– Jasne – mówi. – Daj mi się tylko zebrać, ok.?
– W porządku – odpowiadam. – To do zobaczenia.
Po tych słowach zakańczam połączenie i ukrywam twarz w dłoniach. Nie wiem, ile tak siedzę, ale kiedy słyszę ciche pukanie do drzwi, podrywam się natychmiast i biegnę w tamtą stronę.
– O matko z córką – odzywa się Krystian na mój widok. – Lenka, co się stało? Chodź, chodź, ty cała drżysz, jejku.
Zamyka drzwi, a kiedy jesteśmy w salonie, przytula mnie, a ja łkam mu w szyję.
– Hej, co się stało? – pyta troskliwie. – Już, cii, wszystko jest dobrze.
Siadamy na kanapie, a on tuli mnie mocno, trzymając na kolanach. Żadne z nas nic nie mówi.
– Frania… – zaczynam w końcu po długiej pauzie. – Ona… opowiedziała mi wszystko. Strasznie to przeżywa. Ja… nie wiem, czy potrafię… Czy ja umiem jej pomóc.
– Przecież wiesz, że można jej zorganizować psychologa, prawda? – Krystian spogląda na mnie.
– Tak, wiem, ale… Boże, to wszystko jest takie… Krystian, dlaczego Anka była tak nieodpowiedzialna? Dlaczego… Przecież ja sama mogłam sprawdzić tego faceta, tak? Mogłam. A tego nie zrobiłam.
– Czujesz się winna? – Jest wyraźnie zaskoczony. – Dlaczego? Lenka, nie masz obowiązku sprawdzania wszystkich partnerów twojej siostry. Ona jest dorosła i wie, na co się naraża. Nie możesz być odpowiedzialna za osobę dorosłą.
– Niby tak, ale… jestem odpowiedzialna za Franię. Gdyby coś jej się stało…
– Zaraz, chwila, stop, moment. Usiądź obok mnie.
Spełniam jego prośbę, a on wstaje i kuca przede mną, tak że patrzymy sobie prosto w oczy.
– Byłaś odpowiedzialna za Franię, dopóki nie zabrała jej od ciebie twoja siostra. Ale nie miałaś żadnych danych na temat partnera Anki, więc nie mogłaś go sprawdzić. Poza tym, wszystko działo się tak szybko, że nie miałaś nawet do tego głowy. Podejrzewam, pewnie słusznie, że gdyby taka sytuacja powtórzyła się po raz kolejny, zareagowałabyś dokładnie tak samo. W takich przypadkach myśli się innymi kategoriami, Lenka. Nie masz prawa się obwiniać, bo nic złego nie zrobiłaś. Rozumiesz?
– Naprawdę tak uważasz? – pytam cicho.
– Oczywiście – odpowiada, spojrzenie ma poważne. – Hej, nie zadręczaj się tak. Chodź.
Bierze mnie za rękę i wstaje.
– Położysz się, a ja zrobię ci coś na uspokojenie, a potem posiedzę przy tobie. No nie patrz tak na mnie, nie zrobię ci krzywdy. No chodź.
Pozwalam mu się zaprowadzić do pokoju, czując się tym wszystkim naprawdę przytłoczona. Gdy zostawia mnie samą, siadam na łóżku i na powrót ukrywam twarz w dłoniach.
– Lenka… – słyszę nad sobą jego głos. – Hej.
Podnosi moją brodę do góry.
– Nie zamartwiaj się tak – prosi cicho. – Wszystko się ułoży, zobaczysz. Masz, weź to, zrobi ci się lepiej.
Podaje mi kubek z wodą i jakąś tabletkę, a ja posłusznie zażywam lekarstwo.
– Grzeczna dziewczynka – mówi z uśmiechem. – A teraz połóż się, a ja poczekam, aż zaśniesz.
– A potem? – pytam. – Może… dam ci świeżą pościel.
– Poradzę sobie – ucina. – Nie martw się o nic. Śpij.
Popycha mnie delikatnie na poduszkę, a ja w końcu odpuszczam. Kiedy ujmuję jego rękę, czuję ogarniającą mnie falę spokoju i ciepła.
– Dziękuję… – szepczę.
– Śpij, kruszynko – słyszę w odpowiedzi. – Niczym się nie martw, śpij.
Nawet nie mam siły zareagować na to zdrobnienie. Chwilę później odpływam, nadal trzymając Krystiana za rękę.
Następnego dnia wstaję w miarę wyspana. Spoglądam na zegarek, prawie dziesiąta. Ubieram się i idę do kuchni. Frania najwidoczniej śpi, bo nie ma jej w pomieszczeniu. Na stole widzę talerz z kanapkami, a obok leży kartka. Biorę ją do ręki.
"Mam nadzieję, że będziesz spać spokojnie, a jak rano się obudzisz, to zgłodniejesz. Trzymaj się i pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Krystian".
Mimowolnie się uśmiecham. Nie żałuję, że po niego zadzwoniłam. Gdyby nie on, chyba nie przetrwałabym tej nocy.
Właśnie zaczynam jeść, gdy nagle słyszę dzwonek do drzwi.
"Boże, Franię obudzą" – przebiega mi przez myśl.
Idę do przedpokoju i otwieram drzwi, lecz na widok postaci stojącej w progu, o mało nie mdleję z wrażenia.
– Ania? – pytam cicho.
– Tak, to ja – odpowiada. – Hej, siostra. Jak się czujesz?
– To ja powinnam o to spytać. Chodź.
Obie wracamy do kuchni.
– Gdzie Frania? – pyta Ania.
– Śpi – odpowiadam. – Miała bardzo ciężką noc.
– Nie mogła spać? – pyta.
– No nie bardzo – stwierdzam. – Ale mów lepiej, jak ty się czujesz.
– W porządku – odpowiada. – Wypisali mnie ze szpitala, więc wróciłam. Ale wiesz?
Patrzy na mnie.
– Ja chyba muszę wyjechać – odzywa się poważnie. – Sama, gdzieś, na długi urlop. Żeby zapomnieć o tym wszystkim. Naraziłam i siebie i Franię na takie niebezpieczeństwo… Szczególnie małą. Ostrzegałaś mnie, prosiłaś, żebym uważała, a ja znowu zrobiłam wszystko po swojemu. Przepraszam.
Milknie. Biorę ją za rękę.
-Posłuchaj mnie – mówię łagodnie. – Nikt nie ,mógł tego przewidzieć. Ja też nie spodziewałam się, że tak wszystko się potoczy. Mogłam go sprawdzić, ale wszystko działo się tak szybko, że nie miałam do tego głowy. Uważam, że powinnaś faktycznie wyjechać na kilka dni, odpocząć. Ale potem wrócisz i zamieszkasz gdzieś niedaleko. Frania musi mieć możliwość spotykania się z tobą. Zwłaszcza po tym, co razem przeszłyście.
– Wiem – odpowiada. – Wiem o tym. Zrobię tak. Zostanę. Na pewno. Ale teraz muszę wyjechać. Muszę sama się z tym uporać.
– Jasne. – Kiwam głową. – Kiedy wyjeżdżasz?
– Chciałabym jeszcze dzisiaj, ale najpierw… chcę się pożegnać z Franią – wyjaśnia.
– No dobrze. – Wzdycham. – Mam ją obudzić?
– Nie nie, niech śpi – odpowiada. – Posiedzę i poczekam. Widzę, że jesz śniadanie?
– A tak. – Nie mogę powstrzymać uśmiechu. – A ty nie jesteś głodna?
– Nie, nie jestem. – Również odpowiada uśmiechem.
Siedzimy jakiś czas w ciszy. Nagle w drzwiach kuchni staje Frania.
– Mama! – woła.
Chwilę później Ania trzyma małą w objęciach.
– Jak się czujesz? – pyta. – Wiesz, jak się bałam? Myślałam, że…
– Cii – przerywa jej Ania. – Wszystko jest dobrze. Jestem cała i zdrowa. Ale… kochanie, chciałabym… Przyjechałam się z tobą pożegnać. Wyjeżdżam na kilka dni. Chcę odpocząć, pozbierać się po tym wszystkim. Ale wrócę, obiecuję. Wrócę i zamieszkam gdzieś niedaleko, tak, byś mogła mnie odwiedzać.
– Na pewno? – pyta cicho Frania.
– Oczywiście, kochanie – zapewnia ją moja siostra.
– Dobrze. – Dziewczynka uśmiecha się. – Tylko uważaj na siebie.
Ania kiwa głową, ściska nas obie po raz ostatni i wychodzi.
– Widzisz? – Podchodzę do Frani. – Wszystko będzie dobrze, mówiłam.
– Dziękuję, ciociu. – Odpowiada uśmiechem.

Kategorie
Lena i Krystian - Po trupach do celu

02 – Krystian

Jestem zaszokowany. Jeszcze nigdy nie widziałem Leny w takim stanie. Zawsze była silna, opanowana i nie dawała się ponieść emocjom, nawet gdy chodziło o jej życie prywatne.
– Co się stało? – powtarzam.
Widziałem jej siostrę i Franię, mijały mnie, ale nawet nie zdążyłem do małej zagadać.
– Ona… Anka ją… zabrała… – udaje się jej wyksztusić.
– No nie. Więc jednak? – pytam.
– Mhm – odpowiada Lena, ocierając łzy.
– Dlaczego się na to zgodziłaś? – dopytuję. – Przecież… Cholera, Frania nie jest rzeczą, którą można przerzucać z kąta w kąt.
– Wiem o tym. – W jej głosie słychać autentyczny ból. – Ale musiałam się na to zgodzić. Tylko w ten sposób mogę sprawdzić Ankę. Ktoś musiałby ją cały czas mieć na oku. Może zrobi coś, co sprawi, że… No nie wiem. Ale one nie mogą wyjechać. Frania nie może wyjechać. I tu już nie chodzi o mnie. Tak naprawdę matką małej jest Ania, więc ona ma prawo decydować o jej życiu, ale… Przecież ona ma tu szkołę, przyjaciół… Moja siostra nie może jej od tego wszystkiego odciąć.
– przede wszystkim najpierw się uspokój – odzywam się łagodnie. – Chodź, pojedziemy odwieźć Olgierda, a potem zabiorę cię do siebie do domu. Nie możesz być teraz sama.
– O nie, Krycha, dzięki – odpowiada. – Poradzę sobie.
– Ale ja chcę ci tylko pomóc – protestuję.
– Pomożesz mi, jeżeli obaj z Olgierdem zgodzicie się mieć Ankę na oku – mówi, a ja wzdycham.
– Skoro tak chcesz…
Tak naprawdę wcale nie wyglądam na przekonanego. Mimo to idę za Leną, a chwilę później wychodzimy na zewnątrz.
– No, nareszcie! – woła Olo, widząc nas z daleka. – Widziałem jak Anka z Franią odjeżdżały. Co się stało?
– Moja siostra zabrała Franię – mówi Lena z goryczą. – Chcą wyjechać za granicę.
Olgierd gwiżdże cicho.
– Żartujesz? – pyta.
– A czy wygląda, jakby żartowała? – Wtrącam się do rozmowy.
– No nie, ale… Cholera, to się porobiło. – Olgierd wygląda na zmartwionego. – I co teraz zamierzasz?
– Chcę jakoś się z nią spotkać przed jej wyjazdem. Czyli musiałoby to nastąpić jeszcze dzisiaj i… – Zawiesza na moment głos. – Może by się udało zainstalować podsłuch u niej w samochodzie, czy coś. No nie wiem, kurde.
– Chwila, ale wiesz, że to niezgodne z prawem? – pyta Olo.
– To co, mam pozwolić im odjechać? – odpowiada pytaniem. – A co, jeżeli ten jej facet zrobi coś małej?
– Tego nie wiesz – odzywam się. – A my nie możemy za nią cały czas jeździć. To wbrew przepisom. Wiesz, co by Zarębski powiedział, gdyby się dowiedział? Lenka, nie możesz tak.
– Posłuchaj. – Mój kumpel podchodzi i kładzie jej rękę na ramieniu. – Jeżeli Frania zadzwoni do ciebie i będzie coś się działo, Łucja na pewno nam pomoże. W końcu pracuje W Interpolu, tak?
– No… tak – odpowiada Lena z wahaniem.
– Właśnie – ciągnie dalej. – Więc na razie nie ma co popadać w panikę. Poczekamy, zobaczymy jak się to wszystko ułoży i w razie jakichkolwiek kłopotów, podejmiemy odpowiednie działania.
– Dzięki – mówi, a na jej twarzy pojawia się uśmiech. – Dzięki, że chociaż ty myślisz rozsądnie.
– Drobiazg – odpowiada Olgierd.
Jakiś czas później obaj rozjeżdżamy się do domów. Niechętnie zostawiałem Lenę, ale uparła się, że tak będzie lepiej, więc nie nalegałem.
Następnego dnia, gdy pojawiam się na komendzie i wchodzę do naszego biura, Olgierda jeszcze nie ma. Z westchnieniem idę sobie zrobić kawy, a gdy wracam pięć minut później, widzę go na stanowisku.
– Jak tam, Krycha? – pyta mnie.
– A jak ma być? – odpowiadam pytaniem.
– No wyglądasz, jakby cię coś ostro wkurzyło – zauważa.
– A ty byś się nie wkurzył? – odcinam się. – Ona w ogóle mnie nie zauważa. Zresztą, teraz to nieważne. Chodź, mamy sprawę do skończenia.
– Już idę – odpowiada Olgierd i obaj wychodzimy z biura.
Udało nam się nawiązać kontakt z dziewczyną, która kiedyś oskarżyła Kowalskiego o gwałt. Po rozmowie z nią, po dowodach, które nam przedstawiła, nie było wątpliwości, że to on jest tym, który udusił naszą ofiarę. Szybko zamknęliśmy tą sprawę, po czym Olo powiedział, że zabiera mnie do siebie na piwo.
– No czemu nie – mówię. – W sumie to się zgadzam.
– Na to liczyłem – odpowiada Olo z uśmiechem.
Gdy już jesteśmy u niego w mieszkaniu, on przygląda mi się uważnie.
– No więc, co z tą Leną? – wyrzuca prosto z mostu.
– Nic – odpowiadam krótko. – A co ma być?
– Widać, że cię do niej ciągnie – kontynuuje.
– I co z tego? Ona i tak tego nie zauważa. Chyba naprawdę kupię sobie motor.
– Co? – Otwiera szeroko oczy. – Po co?
– No jak to po co? – pytam. – Przecież sam mi powiedziałeś, że skoro nie mam motoru, to nie mam u niej szans.
– Stary, ale ja przecież żartowałem! – woła Olo. – Ty wziąłeś to serio na poważnie?
– A ty byś nie wziął, gdyby ci na kimś zależało? – odbijam piłeczkę. – Może ten motor to jest klucz?
– Nie, proszę cię! – Olgierd wybucha śmiechem. – Krycha, zachowaj się bardziej romantycznie?
– Co? Ale jak? – pytam.
– No nie wiem, na kolację ją zaproś, do kina, do teatru, gdziekolwiek, ale nie kupuj motoru – odpowiada błagalnie.
– Myślisz, że ja się na tym wszystkim znam? – pytam. – Olo, ja nie mam pojęcia, co powinienem zrobić, jak się zachować.
– Zapisać cię na lekcje dobrego wychowania? – pyta Olgierd, wybuchając śmiechem.
– Nie, wystarczy, że mną pokierujesz – odpowiadam.
– Dobrze, ale już nie dzisiaj – mówi.
– W porządku – odpowiadam i wstaję. – Będę już leciał. Może spróbuję dodzwonić się do Leny. Zobaczę, jak się czuję, bo w pracy nawet nie mieliśmy okazji pogadać.
– No jasne, to na razie. – Olgierd również wstaje i ściska mnie za rękę. – Trzymaj się.
– Nawzajem – mówię i wychodzę.
Pół godziny później docieram do mieszkania i kiedy już jestem w pokoju, dzwonię do Leny. Odbiera dopiero za drugim razem.
– Hej Lenka – mówię cicho.
– Hej – słyszę po drugiej stronie. – Co tam?
– To ja bym chciał o to spytać – odbijam piłeczkę. – Jak się czujesz?
– W porządku – odpowiada, lecz ja nie jestem o tym przekonany.
– Martwisz się o Franię? – pytam, a ona wzdycha.
– Ty też byś się martwił, gdyby… No wiesz. Krystian, a jak on coś jej zrobi? Jej i Ance?
– Nawet tak nie mów – protestuję. – Przecież musi być wszystko dobrze. Zaufaj siostrze.
– Staram się – odpowiada cicho. – Ale to nie jest takie proste.
– Słuchaj. Może ja przyjadę do ciebie i posiedzę z tobą? – proponuję.
– Nie, dzięki – mówi cicho. – Poradzę sobie. Nie jest tak źle, jak się może wydawać.
– No skoro tak mówisz… – wzdycham. – Ale martwię się o ciebie.
– Nie musisz – odpowiada.
"Ale chcę" – przebiega mi przez myśl, jednak nie mówię tego na głos.
W końcu po jakimś czasie kończymy rozmawiać, a ja nie jestem ani trochę uspokojony. Naprawdę się o nią martwiłem, tyle że ona nikogo do siebie nie dopuszczała. Czy naprawdę chciała być samotna do końca życia? A co ze mną?
– Boże, Krycha, ale ty jesteś głupi – mówię sam do siebie. – Przecież nawet jej nie powiedziałeś, co do niej czujesz.
Postanawiam zastosować się do rad Olgierda i obiecuję sobie, że przy najbliższej nadarzającej się okazji zabiorę Lenę do kina na jakąś komedię romantyczną.

Kategorie
Lena i Krystian - Po trupach do celu

01 – Lena

Było styczniowe popołudnie. Za oknem padał śnieg, a ja siedziałam w biurze, kończąc sprawdzać dla Krystiana i Olgierda człowieka o nazwisku Kowalski. Okazało się, że 10 lat temu został oskarżony o gwałt, ale niczego mu nie udowodniono, bo dziewczyna, która złożyła zawiadomienie, wycofała oskarżenie, twierdząc, że to nie on był sprawcą.
Kończyłam właśnie zbierać dane na temat tego jegomościa, gdy rozległ się dzwonek mojej komórki.
"Kto może dzwonić o tej porze?" – przebiegło mi przez myśl.
Spoglądam na wyświetlacz.
– Frania? – pytam, odbierając.
Po drugiej stronie słyszę głos mojej siostrzenicy, wyraźnie zaniepokojonej, może nawet przestraszonej.
– Ciociu… Ciociu, musisz… musisz mi pomóc.
– Ale kochanie, co się dzieje? – dopytuję. – Jesteś już po lekcjach? Wróciłaś do domu?
– Nie mogę… Nie wrócę do domu. Bo ona mnie znajdzie i zabierze od ciebie. A ja nie chcę – pada odpowiedź.
Mimo zewnętrznego opanowania, w środku czuję, jak ogarnia mnie strach. Co się mogło stać? Przecież Frania zawsze grzecznie wracała do domu, albo ja ją odbierałam, jeżeli nie byłam w pracy.
– Kochanie, czy jesteś nadal w szkole? – pytam.
– Tak – odpowiada. – Ciociu, przyjedziesz po mnie?
– Oczywiście, postaram się być jak najszybciej – zapewniam ją. – Trzymaj się.
Po tych słowach rozłączam się i wstaję, zgarniając notatki ze stołu. W tej samej chwili, gdy podchodzę do drzwi, te otwierają się i staje w nich Krystian.
– Lenka, masz coś dla nas? – pyta.
– Tak – odpowiadam i podaję mu zbiór danych. – Przejrzyjcie to sobie.
– Dzięki. Kochana jesteś.
Uśmiecham się na to stwierdzenie niepewnie.
– Przepraszam cię, ale muszę iść do Zarębskiego – mówię, a on spogląda na mnie.
– Stało się coś? – pyta z niepokojem.
– Tak. Znaczy chyba. – Wzruszam ramionami. – Frania ma chyba jakieś kłopoty. Zadzwoniła do mnie, jednak pierwszy raz słyszałam w jej głosie tyle strachu. Nigdy wcześniej… Muszę iść powiedzieć szefowi, że… potrzebuję wolne na żądanie.
Krystian kiwa głową. Widać, że jest wyraźnie zmartwiony.
– Może potrzebujesz pomocy? – odzywa się. – Wiesz, gdyby coś, to możesz na mnie liczyć.
– Dzięki, Krysiu, ale umiem o siebie zadbać – mówię, a on się krzywi.
– Tylko nie Krysiu, dobrze? – pyta.
– Dobrze, Krystianku. Tak lepiej?
Zanim zdąża odpowiedzieć, wychodzę, zostawiając go z szeroko rozdziawioną buzią.
Gdy pukam do biura szefa i słyszę jego charakterystyczne: "Wejść", bez wahania wchodzę do środka.
– Lena? – Jest wyraźnie zaskoczony. – Co cię do mnie sprowadza?
– Szefie, bo jest sprawa – odpowiadam, stając przy biurku zawalonym papierami. – Dzwoniła do mnie niedawno moja siostrzenica, Frania i… Wydaje mi się, że wpadła w jakieś kłopoty.
– Kłopoty mówisz? – Zarębski przygląda mi się uważnie.
– Tak – odpowiadam. – Była zaniepokojona, mogłabym nawet przysiąc, że przestraszona. Nie wróciła do domu. Powiedziała, że jak to zrobi, to ona ją znajdzie. Muszę jechać i sprawdzić, o co chodzi, dlatego przychodzę do szefa. Potrzebuję wolne na żądanie.
Zarębski kiwa ze zrozumieniem głową.
– No dobra, to leć – oznajmia. – Ale jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, to wiesz.
– Wiem – odpowiadam krótko. – Dzięki, szefie.
– Nie ma za co – mówi z uśmiechem, a ja opuszczam jego gabinet.
Pod szkołą Frani zjawiam się pół godziny później. Pierwszą osobą, na którą wpadam, jest jej wychowawczyni.
– O, pani Leno, dobrze, że pani jest – wita mnie. – Możemy chwilę porozmawiać?
– Gdzie jest Frania? – odbijam piłeczkę, chcąc jak najprędzej dowiedzieć się, co się stało.
– No właśnie o niej chcę pomówić – wyjaśnia kobieta. – Proszę, niech pani pójdzie ze mną.
Idziemy do pokoju nauczycielskiego.
– Jakąś godzinę temu do szkoły zatelefonowała pani siostra, że chce Franię odebrać. Wiedzieliśmy jednak, że Frania jest pod pani opieką, więc powiedzieliśmy jej, że mała ma dzisiaj dłużej lekcje i będzie mogła ją odebrać dopiero po szesnastej. Wtedy ona powiedziała, że nie da rady po nią przyjechać i spotka się z małą u pani w domu. To jest chyba jakaś grubsza sprawa, bo w głosie pani siostry było słychać wyraźne zdenerwowanie. Mam wrażenie, że była zła, iż lekcje się przeciągnęły.
Milknie na moment, a ja czuję jak blednę. Anka? Zadzwoniła do szkoły? Ale po jaką cholerę? Dlaczego nie zadzwoniła do mnie? O co w tym wszystkim chodzi?
– I co dalej? – dopytuję, starając się za żadne skarby nie okazywać emocji.
– Chciałam o tym powiedzieć małej, ale na przerwie chyba jej mama do niej również zadzwoniła. Musiała jej przekazać coś, co Franię wyprowadziło z równowagi. Strasznie krzyczała, że się nie zgadza, że chce zostać z panią… No a potem zadzwoniła do pani. Pielęgniarka dała jej coś na uspokojenie i zaprowadziliśmy ją do świetlicy.
– Rozumiem – odzywam się. – Mogę do niej pójść?
– Tak, oczywiście – odpowiada nauczycielka. – Zaprowadzę panią. Proszę za mną.
Posłusznie za nią idę i parę chwil później docieramy do świetlicy, gdzie przy jednym ze stolików dostrzegam Franię, rysującą coś zawzięcie. Na dźwięk otwieranych drzwi jednak przerywa i odwraca się w naszą stronę.
– Ciocia! – woła, zrywając się na równe nogi. – Jesteś nareszcie!
Podbiega do mnie i rzuca mi się na szyję. Nadal widzę w jej oczach strach.
– Przyjechałam, kochanie – odzywam się łagodnie. – Powiesz mi teraz, co się stało?
– Zaraz sobie porozmawiacie. – Pani Kamila patrzy na nas. – Franiu, zabierz ciocię do którejś z pustych klas. Dopilnuję, żeby nikt wam nie przeszkadzał.
– Dziękuję – odpowiada dziewczynka, po czym bierze mnie za rękę i wychodzimy ze świetlicy.
– Teraz opowiadaj – mówię cicho, kiedy już jesteśmy w jednej z klas. – Co się stało? Po raz pierwszy słyszałam w twoim głosie tyle strachu.
– Bo… – Bierze głęboki oddech. – Jak byłam na przerwie, zadzwoniła do mnie mama i… powiedziała, że jak tylko wrócę do domu, to… przyjedzie i zabierze mnie od ciebie. Ona… Ciociu, wydaje mi się, że ona kogoś poznała.
– Dlaczego tak myślisz? – pytam.
– Nie wiem, ale… to dziwne – stwierdza Frania.
– Poczekaj, kochanie. – Wyciągam telefon z torebki. – Zadzwonię do niej i spróbuję się dowiedzieć, o co chodzi.
W oczach Frani dostrzegam łzy. Ściskam ją za rękę.
– Nie bój się kochanie, wszystko będzie dobrze – zapewniam ją, po czym wybieram numer siostry.
– Lena? – słyszę po drugiej stronie. – Stało się coś, że dzwonisz?
– Nie – odpowiadam jak najbardziej spokojnie. – Czy musi się coś stać, żebym dzwoniła do mojej siostry?
– Nie, oczywiście, że nie – protestuje Ania. – Po prostu… myślałam, że coś z Franią.
– Z Franią jest wszystko w porządku. – Nadal mówię spokojnie, choć we mnie się wszystko gotuje. – A dzwonię, żeby zapytać, co u ciebie.
– W zasadzie, to… – W jej głosie słyszę wahanie. – W sumie cieszę się, że dzwonisz. Bo muszę ci coś powiedzieć. Dzisiaj przyjeżdżam i zabieram Franię po lekcjach. Spakuj więc ją, jeśli możesz.
– Zaraz, jak to zabierasz? – pytam. – Nie możesz mi tego zrobić. Mi, jej…
Czuję nacisk na dłoń. Odpowiadam tym samym, skupiając się na odpowiedzi siostry.
– Dlaczego niby nie? – pyta. – Frania jest moją córką. Mam prawo ją zabrać wtedy, kiedy zechcę.
– A pomyślałaś o niej? O mnie? – dopytuję. – Poza tym… Wiesz co? To nie jest rozmowa na telefon. Spotkajmy się dzisiaj. Porozmawiamy spokojnie i dojdziemy do jakiegoś porozumienia.
– Dobrze, jak chcesz. – Zgadza się niechętnie. – To o której?
– Za godzinę. Może być?
– Jasne – odpowiada, a ja po krótkim pożegnaniu rozłączam się.
– Co teraz zrobimy? – pyta Frania cicho. – Co powiedziała mama?
– Umówiłam się z nią na spotkanie – wyjaśniam. – Teraz… poczekaj.
Przez chwilę siedzę, patrząc na siostrzenicę w zamyśleniu. W końcu wybieram numer Krystiana. Odbiera po drugim sygnale.
– Lenka? – pyta. – Co się stało?
– Hej, Krystian, słuchaj… miałabym do ciebie nietypową prośbę. Mógłbyś podjechać po mnie i po Franię? Jesteśmy w szkole.
– Poczekaj chwilę – odpowiada i odsuwa telefon od ucha, najwyraźniej po to, bym nie słyszała jego rozmowy z Olgierdem.
– Jasne – słyszę po chwili. – Akurat mamy przerwę w śledztwie, więc możemy z Olgierdem po was podjechać.
– Dzięki. – Oddycham z ulgą. – To będziemy na was czekać pod szkołą.
– Pewnie. To do zobaczenia, mała – mówi Krystian i przerywa połączenie.
Kiedy chowam telefon z powrotem do torebki, dostrzegam uważne spojrzenie siostrzenicy.
– Myślisz, że to dobry pomysł, żeby wujek Krystian z wujkiem Olgierdem wiedzieli o naszych kłopotach? – pyta.
– Są moimi przyjaciółmi – odpowiadam. – I jednocześnie jedynymi osobami, które mogą nam pomóc. Dobrze o tym wiesz.
– Wiem, wiem. – Dziewczynka wzdycha cicho. – Dobrze, ciociu. W takim razie chodźmy.
Przed szkołą czekamy jakiś czas, ale w końcu dostrzegam w oddali znajomy samochód. Chwilę później chłopaki parkują na parkingu i wysiadają ze środka.
– Cześć, dziewczyny – mówi Olo pogodnie.
– Co tam za kłopot macie? – dodaje Krystian.
– Mhm. – Odchrząkuję. – Moglibyście nas podwieźć do mnie do domu? Mam się spotkać z Anką. Muszę z nią poważnie porozmawiać.
Obaj wymieniają ukradkowe spojrzenia.
– No jasne – mówi Krystian. – Dla ciebie wszystko, ślicznotko.
– Krysiu, nie grab sobie – ostrzegam go, a widząc jego minę, wybucham śmiechem.
– Chcesz w ucho? – pyta.
– Co, pstryczka? – odpowiadam pytaniem. – nie, bo będę miała czerwone, jak za długo będziesz pstrykał.
Olgierd z Franią wybuchają śmiechem, a my idziemy za ich przykładem.
– Dobra, jak nie w ucho, to może w nos? – Krystian nie daje za wygraną.
– Nie, bo dostanę kataru – odpowiadam ze śmiechem.
Po chwili jednak poważnieję.
– Zbierajmy się – mówię. – Chcę mieć to za sobą.
Obaj kiwają głowami, po czym wszyscy czworo wsiadamy do samochodu.
– Lenka, wszystko w porządku? – pyta Olgierd, gdy już jesteśmy przed domem.
Odpowiadam skinieniem, choć tak naprawdę jestem cała spięta.
– Franiu, kochanie, zaczekaj tu na mnie, dobrze? – pytam. – Niedługo wrócę do ciebie.
– Nie! – protestuje. – Ja… Ja chcę być przy tej rozmowie.
– Kochanie, nie możesz. – Staram się jej to wytłumaczyć jak najłagodniej. – Najpierw sama chcę porozmawiać z twoją mamą. Proszę, pozwól mi na to.
Ona tylko wzdycha cicho, a ja biorę to za zgodę.
– Trzymaj się, Lenka – mówi Krystian pogodnie.
– Zaczekamy tu na ciebie – dodaje Olgierd. – A jakby co, to wiesz.
– Jasne – odpowiadam, będąc im naprawdę wdzięczna.
Gdy pojawiam się w domu, moja siostra już na mnie czeka.
– Hej, Lenka – mówi na mój widok. – Kiedy przyjechałaś?
– Niedawno – odpowiadam, opierając się o framugę drzwi. – Możesz mi powiedzieć, o co chodzi z Franią?
– A gdzie ona jest? – odbija piłeczkę.
– Czeka na zewnątrz – odpowiadam. – Najpierw chciałam sama z tobą porozmawiać.
Ona odpowiada skinieniem, po czym odchrząkuje.
– Słuchaj, poznałam super faceta – oznajmia, a mnie to ani trochę nie zaskakuje.
Już raz jednego poznała, ale udało mi się go szybko zdemaskować. Krzywię się lekko, lecz w milczeniu czekam na to, co ma do powiedzenia.
– Chcemy wyjechać za granicę – ciągnie. – A ja… nie chcę się rozstawać z Franią. W końcu jest moją córką. Dlatego zabieram ją ze sobą.
– Zaraz, moment, chwileczkę – odzywam się. – A co ze szkołą? Z jej przyjaciółmi? Nie możesz odbierać jej tego, co kocha.
– Ale ja jej niczego nie zabieram – protestuje Anka. – Przecież w Londynie też będzie mogła się uczyć.
– Tylko będzie musiała wszystko poznawać od początku – oświadczam, czując jak ogarnia mnie irytacja. – Poza tym, mała nie zna na tyle języka, by móc się porozumiewać. Jak sobie to wyobrażasz? Naprawdę chcesz ją unieszczęśliwić?
– Oj, Lenka, ale ty jesteś nierozważna. – Siostra wybucha cichym śmiechem. – Oczywiście, że nie chcę jej unieszczęśliwiać. Zobaczysz, że odnajdzie się szybko w nowej rzeczywistości.
– No nie, nie wierzę! – Jestem naprawdę zbulwersowana. – Anka, czy ty siebie słyszysz?
– Oczywiście – odpowiada. – Lenka, co w tym takiego dziwnego?
– Nie udawaj, że nie rozumiesz. – Biorę krzesło i opadam na nie z westchnieniem. – Anka, do cholery! Wyjechałaś za granicę na kilka miesięcy, zostawiając mi pod opieką Franię, w porządku. Wracasz po jakimś czasie, sprowadzasz sobie jakiegoś faceta, który okazuje się oszustem, po czym dzisiaj mi oznajmiasz, że zabierasz małą i chcesz wyjechać z jakimś innym kolesiem? Serio? Wiesz, że to jest nieodpowiedzialne?
– Ty mi mówisz o odpowiedzialności? – W jej oczach pojawiają się groźne ogniki. – Ty, która jesteś ciągle samotna i nie szukasz sobie nikogo?
– I na samo szczęście – odpowiadam. – Bo patrząc na twoją osobę, widzę, że z tego same kłopoty wychodzą.
Ona prycha pogardliwie, ale w żaden sposób tego nie komentuje.
– Pakuj Franię – nakazuje.
– Nie zgadzam się! – słyszę za sobą krzyk.
Obie odwracamy się na dźwięk głosu Frani. Mała stoi tuż za mną, mierząc matkę surowym spojrzeniem.
– Chcę zostać z ciocią! – woła. – Nie pojadę z tobą i z tym panem, którego nie znam!
– Ależ, Franiu, kochanie, co ty mówisz? – pyta Ania łagodnie. – Przecież wiesz, że cię kocham i chcę dla ciebie jak najlepiej.
– Jeśli by tak było, nie zabierałabyś mnie stąd – oświadcza dziewczynka. – Nigdzie z tobą nie jadę.
– A właśnie, że jedziesz! – Ton Ani staje się groźny. – Bez sprzeciwu!
Nie mogę dłużej tego znieść. Wstaję i biorę małą za rękę.
– Gdzie? – Zmierza nas spojrzeniem.
– Idę porozmawiać z twoją córką – oświadczam.
Po tych słowach idziemy do pokoju, gdzie zamykam drzwi na klucz.
– Ciociu, ja nie chcę. – W głosie małej słyszę rozpacz. – Przecież ja tu mam szkołę, przyjaciół i ciebie. Dlaczego mama chce mnie stąd zabrać?
– Nie wiem, kochanie – odpowiadam, bo naprawdę nie miałam pojęcia, co Anką kieruje. – Ale obiecuję, że zrobię wszystko, żeby cię uwolnić od jej pomysłów. Przysięgam, że nikt nie zrobi ci krzywdy. A teraz… Kochanie, musisz się zgodzić. W końcu ona jest twoją mamą, ja byłam twoją opiekunką tylko na czas jej nieobecności.
– Ale… – W jej oczach pojawiają się łzy, przytula się do mnie mocno. – Ciociu, ja cię tak bardzo kocham.
– Ja ciebie też, skarbie – odpowiadam, walcząc z dławiącymi mnie od środka emocjami. – Ale teraz chodź, spakuję cię, dobrze?
Frania odpowiada skinieniem. Dziesięć minut później wychodzimy z pokoju.
– O, widzę, że mnie posłuchałyście – odzywa się Ania pogodnie. – Bardzo dobrze. Franiu, pożegnaj się z ciocią i się zbieramy.
Mała posłusznie podbiega do mnie i zarzuca mi ręce na szyję. Długo trzymam ją w objęciach, nie potrafiąc się z nią rozstać. Gdy jednak w końcu wypuszczam ją z objęć, obie mamy w oczach łzy.
– Na razie, Lenka – odzywa się Ania, podchodząc do mnie i ściskając mnie krótko. – Nie martw się o Franię, będzie wszystko dobrze. Zaopiekuję się nią.
– Jasne – mówię cicho.
Parę minut później obie wychodzą, a ja idę za nimi. W oczach mam łzy. Nawet nie bardzo rejestruję, że ktoś łapie mnie w objęcia.
– Lenka… – słyszę cichy głos Krystiana. – Hej, Lenka, co się stało?
Nie odpowiadam. Zamiast tego wybucham płaczem.